czwartek, 17 marca 2016

The State of Mind Report 1.- Koncert Scorpions Kraków 2016

Jak na pierwszą swoją turystyczną wizytę w Krakowie, muszę przyznać że wybrałem bardzo dobry moment. Nie tylko ze względu na dziwne zmiany klimatyczne, które sprawiają że coraz mniej ufam prognozom pogody, a nie chciałem mieć niespodzianek podczas całodniowego zwiedzania starego miasta. Atmosfera podczas wizyt w sukiennicach, muzeum AK, zamku na Wawelu czy innych zaułków starego miasta, to był jedynie przedsmak prawdziwego powodu mojej wizyty w dawnej stolicy Polan. W planach zwiedzania wstąpiłem do nieco schowanego za dworcem głównym Muzeum Armii Krajowej, napotkałem grupę kombatantów zgromadzonych w muzeum i udzielających wywiadu dla TWRAMu (o polityce jakże, przynajmniej protestowali w wypowiedzi o włączaniu instytucji AK do obecnych zagrywek politycznych), w podziemnych sukiennicach dowiedziałem się ile bym ważył gdybym się znalazł na średniowiecznym targowisku (świetna ekspozycja multimedialna swoją drogą, a na Wawelu podczepiłem się pod paru przewodników (polskich i angielskich) oprowadzających turystów po krakowskiej dzielnicy królów. Widok na Wisłę, mimo zimnego i pochmurnego (w smogu?) nieba, zwiastował miły, piątkowy wieczór.


Wszystko to aby zabić czas do wydarzenia mającego mieć miejsce 4 marca 2016, po godzinie 20:00 w Tauron Arenie. Jubileuszowy koncert Scorpionsów. Podczas wędrówek spotkałem parę osób także żyjących tylko tym nadchodzącym wydarzeniem. Już po zmroku skierowałem się tramwajem na samą arenę i na przystanku oddalonym o jakiś kilometr od areny, uświadomiłem sobie jak ogromne tłumy zebrały się, by uczestniczyć w tym historycznym wydarzeniu.
Sama Tauron Arena była zorganizowana i zaopatrzona dość okazale w asortyment muzyczny i wypełniona liczną obsługą, choć jak dla mnie ochroniarze na bramkach byli zbyt restrykcyjni. Po znalezieniu swojego miejsca w górnym sektorze trybun, byłem jednym z nielicznych osób wokół mojego miejsca, ale szybko każdy fotelik został zapełniony właścicielem swojego biletu. A każdy widz podobnie jak ja, wydał okrągłą sumkę aby móc "wydzierżawić" swoją miejscówkę wielkości metra kwadratowego na te dwie godziny. A czas od jaki minął odkąd od kupienia przeze mnie biletu do samego występu budowało się we mnie coraz większe napięcie i podniecenie, tym bardziej że pierwszy raz w życiu miałem zobaczyć wykonawców będących 50 lat na scenie!!! Przez 5 dekad sączenia jadu w uszy słuchaczy, kwintet hardrockowców z Hannoveru przecierał ścieżki i wyznaczał trendy w graniu cięższej odmniany rock and rolla na naszym kontynencie. Ośmielę się nawet stwierdzić że panowie Klaus Meine oraz Rudolf Schenker stanowią trzon najstarszego zespołu preferującego cięższą odmianę rocka, mogącego być nawet prekursorem przed sławetną trójcą z  Wilkiie Brytanii w postaciach Deep Purple, Led Zeppelin i Black Sabbath.


Going Out With A Bang
Co mogę powiedzieć o samym występie? 50x CZAD!!! Bo tak należałoby powiedzieć o tej legendzie. Niemcy nie kazali zresztą nam na siebie zbyt długo czekać, show zaczęło się w parę minut po ustalonym czasie (niemiecka precyzja, ahh). W raz z opadnięciem gigantycznej kurtyny wypadli na scenę z rozpędzonymi dźwiękami Going Out With a Bang, po czym płynnie przeszli w Make It Real, Nagłośnienie wypadało super, choć mogło mi się wydawać, że wyraźnie było słychać pewne niezsynchronizowanie w zespole. Na szczęście to uczucie zniknęło na resztę występu. Po kolejnym The Zoo zespół przywitał się z publiką wypełniającą salę niemal po brzegi. Pasja, z jaką wokalista w raz z gitarzystami, basistą oraz perkusistą prezentował, nie pozostawiała żadnych wątpliwości: Ci ludzie urodzili się dla rock' and rolla. Dobór utworów jak dla mnie był niemal idealny, chociaż na i tak krótki czas koncertu, padło wiele wspaniale zaaranżowanych piosenek. Pełna setlista tutaj. Jak dla mnie, zabrakło In Trance, He's a Woman, She's a Men (jeden z moich ulubionych odjazdów) czy Passion Rules the Game. No ale 50 lat komponowania, daje zespołowy do ręki całe mnóstwo kultowych ballad, hymnów czy rockandrollowych kawałków przyprawiających mnie o ciary i wwołujących podczas słuchania extazy. Od strony wizualnej, koncert niczym mnie nie zaskoczył, ale też niczym nie rozczarował. Nieźle zbalansowany pokaz wizualizacji dobrze współgrał z wykonywanymi utworam.Ppodobały mi się zwłaszcza gdy podczas Delicate Dance, gdy dolny ekran za plecami gitarzystów zrobił zooma na gryf aktualnie grającego utwór muzyka. Pirotechniki nie było praktycznie żadnej, poza dymem z pod wysięgnika podnoszącego w górę perkusję. Zresztą, jakiekolwiek wizualne sztuczki są całkowicie zbędne, w Scorpionsach chodzi przede wszystkim o muzykę, która już od 1965 roku wydziera się z pod palców i gardła niemieckiego kwintetu. Obecnie nie tak niemieckiego. Perkusista, Amerykanin James Kottak, chyba najbardziej charyzmatyczny podczas tego występu członek grupy, w dodatku właściciel najbardziej zwariowanych, typowo rockowych tatuaży, (do których nawet dobrał sobie świetnego T-shirta, bo chyba nie na odwrót xD ),
Gitarowy popis na wybiegu: Paweł, Rudolf, Matthias, Klaus 
zaprezentował nam naprawdę genialny solowy popis na bębnach podniesionych już w górę na platformie, wdając się w muzyczną dyskusję z publicznością. Śmiechem żartem, także od tego młodego (mającego niemal tyle samo lat co sam zespół!) usłyszeliśmy jedyny krótki zwrot po niemiecku. Widać było po jego zachowaniu iż Dusza tego człowieka jest przepełniona rocka and rollem. You kicks ass too, James!!! Z kolei basista grający od kilkunastu lat w zespole był rodowitym Krakowianinem. Paweł Mąciwoda, który także wymiatał solidne rytmy na bardzo dobrze słyszanym basie. Były momenty w których cała czwórka, także Klaus Meine, szli na wybieg z gitarami aby dobijać właśnie uwolnioną przez siebie rockowa bestię. Do jednego z wyjątkowych momentów tego wieczora było zapowiedziane już wcześniej na facebooku rozwijanie biało-czerwonej flagi nad publicznością podczas nieśmiertelnego hymnu Wind of Change. Lekko dech zaparło na widok setek zapalonych światełek z widowni. W pomiędzy utwory, chwilę wytchnienia dawał nam wokalista zagadując do widowni, mówiąc jak bardzo jest szczęśliwy mogąc być z Nami i grać tego wieczora w Krakowie. Nie powiem, pół wieku za sterami jednej z najbardziej rozpoznawalnych kapel robi swoje, także pozytywny feedback publiczności nie pozostawiał wątpliwości. Wszyscy tego wieczora kochali Scorpionsów. Nawet zebrani wokół mnie, głównie ludzie w wieku 50+ znalazło się sporo młodych osób żywo reagujących na każdą graną przez kapele staroć. Najlepszym popisem zespołu, jak dla mnie było wykonanie Blackout, gdy już nie mogłem w spokoju usiedzieć na trybunach, co chwila podrywając do góry. Słowem: bajka.
Wind of Change
Koniec nastąpił niestety dość szybko, poprzedzony rozdawaniem kostek, i pałeczek, choć wymiana prezentów następowała w obie strony. Posypało się trochę kwiatów, biało-czerwonych koszul, oraz flaga, którą Klaus przywdział na kończące gig utwory. Na bis chłopaki wyszli z Still Loving You oraz Rock You Like A Hurricane by na koniec wspólnie podziękować za występ. Na dodatek Basista grupy, Paweł, podziękował wszystkim krajanom za tak liczne przybycie oraz ciepłe przyjęcie kapeli w tak ważnym przecież dla jego kariery momencie. Koncert w zespole z okazji 50-lecia w rodzinnym mieście nie zdarza się każdemu.
To był występ na który osobiście czekałem, bardzo długo, nawet za długo, gdyż już wybierałem się na ich koncert w sierpniu 2013go, ale okoliczności zmusiły mnie do odsprzedania biletu. Niemniej warto było w końcu zawitać do stolicy królów, by zobaczyć legendę na żywo.

A dlaczego tytuł "The State of Mind Report"? W ciągu kilku lat uczestniczyłem w wielu muzycznych imprezach które teraz będę przywoływał z pamięci i tworzył z nich swój raport ze stanu umysłu, ile tylko będę pamiętał. :P
Na koniec kilka fotek z wydarzenia

Make it Real

Coast to Coast

Top Of The Bill/ Steamrock Fever

We Built This House

Pośród Golden Circle


Wind Of Change

Wind Of Change
Blackout!!!
Delicate Dance









czwartek, 3 marca 2016

The Elder Scrolls, czyli stary zwój i zrzędzi... moja opinia o pierwszym odwiedzonym konwencie w Polsce

Na swój pierwszy konwent wybrałem Pyrkon 2015. Jako żem od ponad 13 lat fan serii anime One Piece, zrobiłem szybki cosplay jednego pirata, wziąłem, pojechałem... i naprawdę nie żałowałem. Z ludźmi, których poznałem na tym konwencie, utrzymuję kontakt do dzisiaj, a atmosfera całej tej imprezy zainspirowała mnie do pisania pracy dyplomowej. Swój cosplay pirata wybrałem niemal z czystego przypadku, żeby później jeszcze bardziej polubić tą postać. Dzięki cosplayowi zbliżyłem się do 1/4 społeczności konwentu poprzez wspólny mianownik - oryginalny strój wzorowany na  image'u fikcyjnych postaci pochodzących z rożnych mediów (komiks, książka, gra video, film) będącymi źródłem naszych pasji - cosplayu [ang. costume playing]. Poznałem się tam także z cudowną grupką ludzi, których starałem się po prostu złapać jak najwięcej razy na wspólne foto poprzez stroje pochodzące z tego samego tytułu. Fajnie było widzieć tylu fanów One Piece w jednym miejscu, a także widzieć że wśród nich pewien % ma ochotę aby przedsięwziąć czas i energię na stworzenie i noszenie cosplay. Ja sam potraktowałem na pierwszym Pyrkonie noszony przez siebie cosplay raczej ćwierć poważnie, gdyż zabierając się do jego robienia już,  zazwyczaj korzystam z rzeczy znalezionych w szafie u siebie w domu. Ale jak dojdzie co do czego, staram się niektóre ich elementy doprowadzić do perfekcji, bawiąc się tylko w pełni profesjonalnego cosplayera, a odkrycie w sobie nowej, kolejnej pasji oraz możliwość dzielenia się jej efektami z innymi jest dla mojej artystycznej duszy rzeczą bezcenną.
Ot, casual cosplay
Ludzi, z którymi znam się od festiwalu fantastyki Pyrkon 2015 mam w znajomych na portalach społecznościowych, do których to zagaduję w miarę swoich możliwości, starając się lepiej od Poznania każdego poznać (ale suchar) a możliwość poznawania to największa radość istoty ludzkiej. Dzięki potędze "Internetów" mam możliwość obcowania z ludźmi na odległość, co sprawia mi niezwykłą frajdę, gdyż sam mieszkam w sumie na zadupiu Polski i mam do nich spore odległości: 358 km, 646km, 528 km, czy 621 km, a socjalizować się z nimi wszystkimi jest niemożliwością. Nawet wychodząc poza ramy otaczającego nas "Matrixa".  Albo po prostu jestem staroświecki... nie wiem, nie znam się, jestem najstarszy w swej nieformalnej grupce cosplay :P
Podsumowując, było naprawdę super, niespodziewanie super. Każdy uczestnik Pyrkonowego spędu jakiego poznałem czy to w cosplayu, czy w casualowym ubraniu, okazał się naprawdę sympatyczną, miłą i otwartą a do tego intrygującą osobą wartą bliższego poznania. Dlatego czytelniku, jeśli możesz, pojedź kiedyś na konwent, a najlepiej zrobisz jeśli wybierzesz targi fantastyki Pyrkon. Zaś jeśli bardzo chcesz, masz do tego smykałkę, jakiś pomysł lub chwilę wolnego czasu, wykonaj jakiś cosplay swojej ulubionej fikcyjnej postaci i przyjdź w nim na Pyrkon lub inne imprezy w Polsce, których na liście eventów nie brakuje. A dzieje się sporo, w Polsce, w Europie i na świecie.


czwartek, 31 grudnia 2015

18 lat mangi One Piece, urodziny i rocznice Shonenowego tytułu nr 1 na świecie. Nostalgicznym okiem fana

W czerwcu 2015 roku 18 lat skończyła manga One Piece. Jeden z moich ulubionych japońskich komiksów wszedł właśnie w wiek pełnoletności. Korzystając z tej okazji składam tutaj autorowi mangi najlepsze życzenia oraz hucznego świętowania.

One Piece w  na półce pełnoletności. Pić już można!

One Piece - na polskie (Jeden Kawałek?) to japońska manga typu shonuen [a przynajmniej wśród tych typów kierowanych do nastoletnich chłopaków] wydawana od 1997 roku w Japonii i na całym świecie w milionowym nakładzie. Tytuł ten, adaptowany od 1999, jest jednym z rekordzistów wśród długości i popularności emitowanych seriali animowanych, ponadto będącym tytułem szalenie popularnym w wielu kręgach kulturowych, tylko w samej Japonii, gdzie z fenomenem One Pieca można się chyba w niemal każdej dziedzinie życia codziennego oscylującego wokół rozrywki i rekreacji, o festynach kosplayowych już nie wspominając.

Zdjęcia/Parki/restauracje/Live show/Statki, Wystawy, Pomnik

One Piece autorstwa Eiichiro Ody, jest czarno-białym (później także cyfrowo pokolorowanym) komiksem regularnie ukazującym się od połowy 1997 roku w magazynie Weekly Shounen Jump, a od grudnia 1997 wydawany w formie tomików. Na grudzień wypada 18-ta rocznica tego wydawnictwa na świecie, w Polsce dostępne w druku tomiki mangi są dostępne od grudnia 2010 roku, więc to też dla wydawnictwa JPF-u pewna rocznica. Do tej pory manga ukazała się w ponad 800 rozdziałach, wydana w 80 tomach, zrealizowana w ponad 700 odcinkach anime, 12 filmach kinowych, bonusowych odcinkach i spinoffowych rozdziałach i przekuta na chyba jakiś pierdyliard gadgetów, zabawek, gier, ciuchów itp...

Tytuł ten podbił moje jak i wiele serc na świecie swoim lekko przerysowanym światem, barwnymi bohaterami, a przede wszystkim opowiadaną i rozwijającą się na przestrzeni lat  historią; odrobinę bajkową otoczką, podsycaną dramatem na przemian z komedią, wszystko silnie pospinane marynistycznym klimatem. Historie początkowo z pozoru banalne, nie stronią jednak od tematów poważnych i ujmujących. Rdzeniem i pierwotnym założeniem historii jest dążenie do swych celów zawiązywanie nowych przyjaźni i walka o wyższe wartości, stawianie czoła przeciwnościom losu wciąż doskonaląc siebie w starciach z konkurentami oraz niezliczonymi zastępami wrogów, niejednokrotnie będącymi się już na starcie silniejszym od głównego bohatera, będącego spoiwem tego szalonego uniwersum. W pierwszym rozdziale poznajemy młodego, niepozornego chłopaka z prostym i wydawałoby się nierealnym marzeniem. Młodzian uzbrojony jedynie w swoje pięści, magiczną zdolność, szczery do granic absurdu uśmiech, talent do zjednywania sobie przyjaciół zarazem przysparzania wrogów oraz w szalony apetytem (także do przygód), potrafi odnaleźć się niemal każdej sytuacji rozbrajając czytelnika swoją nieposkromioną chęcią odbywania przygód. Jedni pokochają go za swoją nieprzeciętną czasami głupotę czy lekkomyślnością innym wyda się iż jego spokój ducha i nieznośną lekkością bytu jest pełna uroku. 

Główny bohater tej pirackiej opowieści (gdyż dzieje się głównie na morzach) jest Monkey D. Luffy (ah, imię niosące postrach wśród żeglarzy, arrr!) wkraczający w wiek pełnoletności młodziak wyruszający samotnie na pełne morze z gorącym pragnieniem na ustach o staniu się królem piratów, zdobywcą wszystkich mórz i skarbów, czyli dokonania czegoś chyba niemożliwego, gdyż poprzedni człowiek, który tego dokonał, stał się legendą, którą chce osiągnąć każdy śmiałek pływający pod piracką banderą. Chłopakowi, oprócz tronu króla, przyświeca jeszcze kilka celów wyprawy: zebrać wspaniałą załogę nakama, przeżywać niezapomniane przygody, zawsze najeść się do syta, dopełnić obietnicy danej swemu mentorowi i jednocześnie zbawcy, przy okazji oklepując maski paru łobuzom psujących jego prosty, poukładany światopogląd o przyjaźni i braterstwie wśród dzielnych wilków morskich jaki został zaszczepiony w jego dziecięcym umyśle. Luffy, spotykając na swojej drodze nigdy nie przejmując się czyjąś przeszłością ani powodem dla którego powinien zrobić coś, w prosty sposób postanawia zachowywać się tak, jak każdy praworządny człowiek uznał by za słuszne. A jego o pomoc nie trzeba prosić dwa razy.
Ot, lekkoduch jakich mało
Monkey D. Luffy, główny bohater sagi

Aha, w dodatku posiadający nadnaturalne moce, jak to mają w zwyczaju bohaterowie tego typu mangi. Ale nie są to jakieś udziwnione moce voodoo (no może ociupinkę). Zdolności, jakie bohaterowie otrzymują po zjedzeniu przeklętego owocu są indywidualne dla każdej z wybranych postaci i niejako pewnym odzwierciedleniem ich osobowości lub charakteru. Nie będzie zbytnim spoilerem, gdy wspomnę iż Luffy po zjedzeniu takiego owocu, staje się człowiekiem-gumą, w każdym tego słowa znaczeniu.

Dlaczego pokochałem One Piece? Tytułowym ŁanPisem jest legendarny skarb pozostawiony "#gdzieś_tam" przez nie mniej legendarnego króla piratów, można w pewnym sensie porównać do nieco starszego tytułu z gatunku shounen Dragon Ball, będącego swoistym pierwowzorem, duchowym ojcem dla One Piece, gdzie oprócz wyżej wymienionych schematów budowy świata, historii i przygód mamy do czynienia z poszukiwaniem legendarnych tytułowych smoczych kul, potrafiących uczynić różne cuda ich posiadaczom. Jak zresztą przyznał autor OP, Eiichiro Oda sam w dzieciństwie był (i pewnie nadal jest, mówiąc o nim sensei - mistrz) wielkim fanem twórczości Akiry Toriyamy oraz jego uniwersum smoczych kulek, co zainspirowało go do zostania manga-ką, zaczynając od prostych one shotów, opowiadających zamknięte historyjki, z czego jedna z nich stała się protoplastą znanego nam dziś One Piece. (coś jak w stylu pilota do serialu TV). Seria Dragon Ball, oglądana przeze mnie od wczesnego dzieciństwa nadal jest i na zawsze pozostanie w moim sercu ulubionym tytułem wszech-czasów, to One Piece jest jego godnym następcą, (nieoficjalnym moim zdaniem, dziedzicem tytułu przełomowego shonena), którego wpływ na inne tytuły mang i popkultury w ogóle będzie jedynie wzrastał. I nawet teraz, mimo posiadania kilku lat więcej na karku, wciąż czuję w duchu dziecięcą radość z czytania obcując z tym tytułem.

Jeśli drogi czytelniku nie znasz One Piece, a lubujesz się w czytaniu wielowątkowej mangi, te słowa kieruję do ciebie: po ten tytuł sięgnąć naprawdę warto, jest to długa wciągająca i zabawna historia mająca mnóstwo swoistych świetnych momentów i głęboko poruszająca chwil, nie bojąca się bawić w przerysowywanie niektórych pomysłów z zewnątrz i przedstawiając je na nowo w odmienionym świetle.

Mało tego powiedzieć że sam autor Oda sensei ma kolejny powód do świętowania, gdyż 1 stycznia, skończy równe 40 lat. Połowę z tego spędził na tworzeniu One Pieca. Niech i przez kolejne tyle wena go nie opuszcza :D Jeszcze raz: Hiphiphip Huraaaa!!!


Jeśli jednak znasz już ten tytuł, to cóż jeszcze mogę dodać, wiesz na czym sprawa stoi. Nie sposób wymienić wszystkich cech One Piece, gdyż temu potrzeba więcej miejsca, czasu... ba o tym można nawet napisać pracę dyplomową jeśli się uprzeć. A pomimo osiemnastki na karku, tytuł nie stracił nic ze swojej świeżości i tempa rozwoju. Więc oby tak dalej. 

I pamiętajcie. To ja zostanę królem piratów!!!
Do poczytania

Więcej w encyklopedii inspiracji w One Piece




czwartek, 24 grudnia 2015

10 lat życia w kłamstwie... Jubileusz pisarski Jakuba Ćwieka

"O ja pie***!!" ...pomyślałem, kiedy zobaczyłem numer ze zmianą narracji oraz samego medium jaki odstawił Dezyderiusz Crane w polskiej powieści fantasy Kłamca Papież Sztuk. Moment ten jak i wiele innych do tej pory przeczytanych w tej książce kazało mi się co chwila zatrzymywać i poddawać refleksji: jak świetnie zostały zaimplementowane w tej 300-tu stronicowej powieści odniesienia oraz aluzje do popkultury oscylującej wokół kultowych filmów Hollywood czy współczesnej muzyki rozrywkowej z gatunku rocka i metalu. Te przerwy dla mojego umysłu, wymuszone przez przeczytanie genialnych (wg mnie) zagrań antagonisty powieści, pozwalały mi ochłonąć i przeanalizować na spokojnie, to co się właśnie wydarzyło w powieści. Słowem - genialne! Najlepsza wg mnie część z cyklu o Lokim Kłamcy jaka została do tej pory napisana, łamiąca wiele książkowych schematów do których przy czytaniu tradycyjnych książek byłem przyzwyczajony.


To był tez dobry moment aby uświadomić sobie iż właśnie trzymałem wtedy w rękach wydanie głoszące wprost z okładki, iż jest ono wydaniem jubileuszowym. Także w tym miejscu pragnę gorąco pogratulować autorowi cyklu, Jakubowi Ćwiekowi, twórcy takich serii powieści fantasy jak "Dreszcz", "Chłopcy" oraz kilku innych wartych uwagi pozycji. Sam autor natomiast, jako fan i znawca popkultury oraz człowiek wszechstronny, otwarty i jednocześnie zdystansowany (o czym miałem okazję sam się przekonać na spotkaniach autorskich oraz konwentach Pyrkon 2015 i Dni Fantastyki 2015) na miano genialnego autora w pełni zasługuje. 
Jakubie, życzę Ci niejednej nagrody Zajdla, oraz zapraszam na kolejne spotkania przy piwie. (z mojej strony obiecuję, że będę bardziej oczytany w temacie :P

Nie mogąc się powstrzymać, pozwolę sobie przytoczyć klasyka:
"To jest miś na skalę naszych możliwości i to nie jest nasze ostatnie słowo".
Również życzę aby nie było to ostatnie słowo naszego kochanego Kłamcy. Salute!!!

czwartek, 3 grudnia 2015

10 lat konsoli Xbox360... w mojej wirtualnej pamięci. Wspomnienia ze zdobycia pierwszej wielkiej konsoli

Ech latka lecą... w branży gier video każdy rok to już kolejny skok, ale do niektórych gier nadal będzie się miło wracać, nieważne jak się zestarzeją...
Co do mijania czasu wczoraj, swoje święto miała konsolka XBOX360, czyli 10te urodziny wypuszczenia na rynek światowy tej amerykańskiej zabawki Microsoftu 2 grudnia 2005 roku.
Jak ja to wspominam?

Zacznę od przyznania się jakim byłem swego czasu noobem, gdy chodzi o wirtualną rozrywkę, zwłaszcza gdy chodzi o rynek konsol. O tym, że nie w latach gimnazjum i przełomu z i liceum totalnie nie wiedziałem co to jest marka "XBOX" widząc jakieś bajeczne reklamy gier w latach 2001-2005 w telewizji, gdy po nie do końca jasnych reklamach różnych (jak się potem skapnąłem, gier) majavczył na ekranie zielony symbol "X" migocząc na czarnym tle. Co to za zielony Iks się na czarnym tle pojawia? Eee? ówczesny marketing firmy do mnie jako dzieciaka a potencjalnego odbiory produktu widać nie trafiał. Dopiero usłyszane od znajomych plotki o nadchodzącym na rynek PS3 i starcie nowej generacji konsol video uświadomiły mi że istnieje na rynku elektronicznej rozrywki coś takiego jak konsola do gier, gdzieś tam sobie będąca sąsiadem/konkurentem marki Playstation. (Zaleta mieszkania w małym mieście, bez internetu, brakiem znajomości z ludżmiu w temacie etc.). Jako nastolatka pogrążonego w PC-towych grach z pokroju Wormsów czy Harry Pottera /wychowanego w dzieciństwie na konsolowym Pegasusie i NES-ie, cena najnowszej zabawki Billa Gatesa odsuwała ją do strefy czystej abstrakcji. gdy pod koniec 2009 roku, za namową rodzeństwa w naszym domowym gniazdku osiedlił się nowiutki Xbox360 wersji Arcade (+Banjo-Kazooie Nuts and Bolts, Pure, Lego Batman The Video Game) doznałem sporego szoku, jakim bajerem graficznym potrafi sie pochwalić 7-dma generacja konsol (mając na myśli tylko 3 w.w. gry - ignorat jak nie wiem co) ale nadal się dystansowałem do produktu przez cenę każdej wydawanej ówcześnie w zielonym DVD-casie gry. jednak obcowanie z konsolą otworzyło mi oczy, ileż to mam  teraz tytułów mam do nadrobienia. A oprócz posiadania konsoli, pomogło mi w tym...
Bojowe spojrzenie z kioskowej witryny, na jakie natrafiłem wracając pewnego razu ze szkoły. Ów wzrok należał do jednego z bohaterów mojego ulubionego anime, gdyż z okładki czasopisma wydanego też mniej więcej w tym czasie w okienku kiosku uśmiechnął się do mnie nie kto inny jak Son Goku z anime Dragon Ball. Jak potem odkryłem, jego wizerunek zamieszczony na okładce okazał się element artu gry Dragn Ball Z Budokai Tenkaichi 3 wydanej na konsole PS2, sam art stanowił okładkę #125 magazynu PSX Extreme. Dawno nie widziana w polskim druku twarz Goku najbardziej przykuła moją uwagę, a z każdą stroną wzmagało się tylko moje podniecenie nowo nabytą lekturą, szybko zdążyłem zapomnieć o Sayańskim wojowniku zaczytując się wiedzą o rynku gier video; Nintendo, Playstation, Xbox, wszystko powoli zaczynało się dla mnie stawać jasne. Przez dłuższy czas, zamiast grać w same gry, przeznaczałem oszczędności na kolejne gazety wydawnictwa aby dowiadywać się "w co" grać, nadrabiając ciekawostki z branży gatunku electronic entertainment.
Dzięki temu jednemu PSX-owi odkryłem istnienie dziesiątek franchisów growych, przekonując się tym samym coraz bardziej do przydatności X360, który w między czasie zdążył wylądować na półce na jakiś może rok bezużyteczności, gdy ja dozbrajałem się w motywację i informacje z konsolowego świata (ba, w tym magazynie nawet dowiedziałem się o istnieniu gier serii anime One Piece na Nintendo Wii, oglądanego niegdyś w niemieckim TV zamiennika dla serii Dragon Ball).

Urodziny 10-ciolatka

Nie ukrywam ze bez posiadania tej konsoli, zbierania konsolowego szmatławca oraz ciekawych informacji zebranych od przyjaciół i znajomych, nie zdecydowałbym się na dalsze przygody z tym medium i nie nabyłbym ze sporym pakietem gier konsoli PS2 slim. Dalej nie odkryłbym takich serii jak: Metal Gear Solid [od MGS3 Snake Eater], Tekken [od Tekken 5], Guitar Hero [od GH III] Okami czy Resident Evil jako gry [RE 5 już na Xboxie]. I tak po tych 10 latach istnienia, lub 6 latach bytowania w mojej świadomości X360, mogę śmiało przyznać że ze zwykłego casuala (ogrywającym jedynie gry z N64) stałem się w miarę obeznanym graczem/ amatorskim znawcą tematu. 1 niezamierzony prezent zawrócił mi w głowie wzbudzając przy tym tyle growych pasji... choć tych straconych przed TV godzin nigdy się nie odzyska... jednak nie były to godziny ZMARNOWANE ;)

Jakieś moje besty tytułów na tę konsolkę? Pewnie kiedyś ujawnię jakąś swą toplistę.

środa, 11 listopada 2015

Niepodległa, wolna Polska... i niepodległy, wolny Internet? Wolność wyśpiewana ustami Bośniaków; "long live PirateBay"

Dziś, 11 listopada obchodzimy w Polsce oficjalne święto Niepodległości, jeden z najważniejszych dni dla współczesnej Polski. To też dobra okazja by porozmawiać o wolności, którą w Polsce ludzie w różny sposób chcą manifestować... ale nie o ulicznych manifestacjach które od paru lat przemieniają Warszawę w pobojowiska, a nie jest to mój sposób na wyrażanie wolności...
Uważam że dzisiejsze święto będzie dobrą okazją do rozwinięcia tematu wolności i jej blokowania w sieci... dziś o wolności multimediów Mówię o pewnym śmiałym teledysku jaki dziś mi się rzucił w oczy na stronce pewnego szwedzkiego portalu z pirackim okrętem na tapecie. Poniższy videoklip należy do bałkańskiej kapeli reggaerockowej. Zespół ten w nieprzejednany sposób w utworze "Free.mp3 (The Pirate Bay Song)" dedykowany powyższemu portalowi, w satyrycznym ujęciu ukazuje komentarz na piracką nagonkę w mediach ujęciu mainstreamowym, zaś o samej nagonce traktują z przymrużeniem oka. Poruszone w utworze wątki jak: plaga multimedialnego piractwa Internetu na nielegalne pobieranie internetowej treści czy obrona wolności dostępu do pobieranych treści (w tym miejscu mogę się przyznać do czynnego uczestnictwa w ogólnopolskiej manifestacji Nie dla ACTA w 2012 roku, oraz wyrażenie jasnego sprzeciwu kolejnym jej odmianom).

Videoklip nagrany do wspomnianego utworu naprawdę warto obejrzeć, gdyż kapela skumulowała w nim całą obecną topową tematykę wolności Internetu. W dodatku video fajnie się ogląda, gdyż występuje w nim (w pewnym sensie) łamanie 4 ściany między twórcami i widzem, co raczej jest niestandardowym podejściem do kręcenia teledysków (choć nie jestem expertem, trochę ich obejrzałem, przygotuję swój ranking). Zabawnym zbiegiem okoliczności wydało mi się, jest iż ostatnio na zajęciach na studium filmowym obejrzałem film Kultura Remixu, również poruszający temat kopiowania i "piracenia" materiałów czy czyichś oficjalnych treści. Także mogę spokojnie polecić zainteresowanym tematem publikacji wolnych treści w sieci. Jestem całym sercem z zespołem Dubioza Kolektiv za ich podejście do ujęcia w wesoły, zabawny jak i krytyczny sposób przedstawienia pewnego społecznego zjawiska (a w ich przypadku to jest główny rdzeń ich twórczości). W innych utworach i videoklipach zetknąłem się z portretowaniem problemów społecznych lub komentarz w konfrontacji z kłamliwą medialną nagonką panującą obecnie zarówno w stopniu lokalnym, jak i światowym. Ja obecnie słucham ich dokonań i za namową zespołu odtwarzam ich .mp3
Kolejnym plusem w słuchaniu ich repertuaru, jest przemycanie bałkańskiego klimatu muzyki ludowej do ich poprockowego brzmienia.
Wolność dla muzyki, ona nie zna granic ;)