sobota, 11 lutego 2017

Past to The Future>>> Powrót do przeszłości czyli renesans na lata 80-te w popkulturze XXI wieku.

Skąd mi się wziął ten dziwny tytuł? Może stąd iż lata osiemdziesiąte mimo że przeminęły ponad 25 lat temu, trwają dziś w nowej postaci wokół nas, głównie za sprawą multimediów i Internetu? A dlaczego ja o nich tutaj wspominam? Może dlatego że jestem stary, mam osobistą słabość do tej dekady popkultury... (nah, nie jestem aż taki stary). choć tamtych lat gimby nie pamiętajo, zatem nie każdy młody odbiorca będzie doceniał ten rodzaj oraz stylistykę popkulturową

Mamy połowę drugiej dekady XXI wieku za sobą, a każdy rok przynosi coraz większy zalew dzieł popkultury na jakie można łatwo natrafić dzięki coraz powszechniejszej sieci. Wśród coraz większej liczby filmów, komiksów, książek, gier oraz wszelkiego internetowego kontentu, można wyliczyć coraz większą ilość dzieł nawiązujących po części lub w całości do tej zwariowanej dekady, jaką znamy głównie z filmów, głównie amerykańskich (ale i nie tylko) tamtego okresu; schyłek zimnej wojny, muzyczne boom na scenie metalowej, miliony kreskówek robionych pod sprzedaż zabawek, dziwna moda nie nadążająca za trendami, momentalnie przerysowywany patos. To nacechowanie tamtych lat w popkulturze było według mnie głównym źródłem inspiracji głównego nurtu filmowego lat 80'.

Kto temat zna, ten wie o czym pisze tu ja i się może zgodzić z poniższą listą. Kto nie zna, ten będzie mógł się zapoznać. Oto poniżej przedstawiam listę najciekawszych produkcji z duchem popkultury, mody oraz stylu lat 80', zakorzenionych w szerokiej wyobraźni widzów oraz czytelników. Przykłady należą do moich ulubionych, którymi są ...>>>


1. NIEZNISZCZALNI / EXPENDABLES (2010)

Ten przykład dałem na początek, gdyż uważam że renesans kina lat 80' zaczął się wśród twórców wysokobudżetowych od właśnie tego filmu.

Słowo "Expendables" właściwie to "przeznaczeni do zatracenia", ale trudno w języku polskim było by oddać tak dosłownie znaczenie tego słowa, biorąc pod uwagę jak ciężko było uszkodzić głównych bohaterów w tym akcyjniaku, więc Ludzie_nie_do_zdarcia dostali raczej zasłużony "przeinaczony" tytuł na nasz język. Chyba że, ktoś uważa inaczej?
Właśnie. Nadmienić jeszcze bym chciał iż ten film to akcyjniak (film akcji, tak jutuber jeden zaczął nazywać) rodem z lat 80, pokroju Szklanej pułapki (znów tłumaczenie), Komando, czy Rambo. Tak wymieniłem podręcznikowe przykłady, ale właśnie do tych filmów w tej produkcji (oraz dzieł późniejszych: Niezniszczalni 2 i 3) są tu widoczne oczywiste odniesienia. Mięśnie, rozpierdziel, krew pot i łzy. Dość płytka i pozbawiona większego dna czy filozofii fabula, będąca tylko prostym pretekstem do wrypania się dziobem samolotu w sam pępek bazy wroga i na dzień dobry napluć mu kilkoma seriami z CKM-u w twarz, kopiąc go przy tym boleśnie w krocze. Jednocześnie. Jeszcze z półobrotu (część druga się kłania). Rzucane w tej trylogii teksty, może i nie zapadają w pamięć jak w tych rzucanych w pierwszym Terminatorze, czy Predatorze, Rambo nie chwyta tak za serce jak w Rockym. Ale hej, to są ci sami odtwórcy tych kultowych kreacji, którzy mimo kilku dekad na karku, dalej mają ochotę robić to, co wychodzi im najlepiej. Rozpierdul z karabinem w łapie i cachtfraise'm i cygarem w ustach. Jupikajej. 
W filmie pojawiły się prawdziwe tuzy kina akcji, gdzie prym wiodą (zasadniczo dobrze tu nazwani niezniszczalnymi) Stallone oraz gościnnie dla pierwszej części Schwarzenegger, którzy wraz z wesołą ekipą filmowych koksów znanych z kina akcji lat 80', 90' późniejszych, sieją ostre spustoszenie w szeregach wrogów o niekoniecznie angielskojęzycznych nazwiskach.






2. MAJAMI HIROZ - WELCOME TO THE '80S (2011)

Wchodząc na ten kanał YouTube, szczególnie polecam zapoznać się z animowanymi przeróbkami wysokobudżetowych gier 7 generacji przerobionych na odpowiedniki rodem z Atari2600/Commodore64. Już samo intro tych filmików, zdradza, że każda produkcja jest to sentymentalny hołd, oddany kultowym produkcjom ukazując je w starożytnym świetle lat 80' ubiegłego stulecia. Na kanał trafiłem przypadkiem, przez animowaną parodię Arnolda Schwarzeneggera, w produkcji Arnies Bangin Review, gdzie nawet lektora głos jest łudząco podobny, lepszego bym nie dopasował. No i ta przerwa w uzębieniu :D


Spośród prezentowanych na tym kanale materiałów węgierskiego twórcy Balazsa Kalocsai, znajdziemy głównie animacje nawiązujące do lat 80', wrażonych w popularnych obecnie tytułach gier video. Parodie te, choć mogą wydawać się prześmiewcze, są bardzo inteligentne, a z pewnością  prezentują się bardziej jako doskonały mashup, który dla osób nieobeznanych z tematem obecnych trendów growych, prezentowane gameplaye byłyby nie do odróżnienia od tych z Atari czy Commodore. Na szczególną uwagę zasługuje według mnie FarCry3 BloodDragon, oczywiście w stylistyce na starszą konsolkę, ukazującą dość obszerny zakres możliwości gameplayowych z tego tytułu w zakresie ograniczeń jakie stawiały taśmowe kasety z grami na Commodore64. Do tego 8 bitowa muzyczka towarzysząca niemal każdej podobnej produkcji. Majstersztyk. I inspiracja dla innych jutuberów. A kolejnym jest...


3. FAR CRY 3 BLOOD DRAGON (2013)

Zostając przy temacie krwawego smoka, przejdę do pozycji której na tej liście nie mogło zabraknąć. tytuł, od którego sam zacząłem przykładać szczególna uwagę na powstające w ostatniej dekadzie XXI wieku drugie życie lat osiemdziesiątych. Tak, wulgaryzmy, cyber żołnierze, laserowe dinozaury, i jaskrawe neony z przesyconymi kolorami świecącymi od podłoża aż po niebo.
I pomyśleć, iż był to niepewny projekt wyłożony na biurku Ubisoftu, po premierze FarCry3, który zakładał tak nietypową koncepcję, retrofuturystyki widzianej oczami twórców popkultury sci-fi lat 80'. Ten niespotykany, koncept gry rozwiniętej na silniku trzeciej części serii FarCry, jest spin offem od głównej serii, który umieszcza nas w niedalekiej przyszłości. "Rok 2007, przyszłość, z popiołów II Wojny w Wietnamie,rodzi się bohater, pół człowiek, pół maszyna"... itd. Już sam ten zwiastun gdy uderzył moje gały oczne na YT, przekonał mnie że ta gra to będzie coś, a twórcy nie omieszkają umieścić tam więcej, czy to prześmiewczej czy patetycznej treści, celowo nie siląc się na jakąś wyszukaną fabułę a traktując całą sprawę z dystansu. Mimo iż nie jestem fanem serii i specjalnie nie grałem w FC3 ani poprzednie części, to ta gra przykuła mnie do ekranu TV z padem w ręku na długie 6 godzin. Długie sześć ponieważ jest to gra z otwartym światem, a standardowe 6 godzin wystarcza aby przejść cała kampanię, ja wydłużyłem ją do około 14. Uważam iż taka gra, zasłużenie zebrała laury od graczy, choć muszę się zgodzić z opiniami, iż stworzenie takiego schematu gry w pełnej odsłonie nie wyszło by grze na dobre. Choć nie ukrywam, iż w przyszłości (oby nie dalekiej) chętnie bym zobaczył jakiś dłuższy i bardziej dopracowany w szczegóły tytuł, który swoją rozgrywką zabrał nas retrospektywny świat lat 80'. Laur konsumenta przyznany.


Co w tej grze jest najlepsze? Oprócz jej długości (krótkości) niemal wszystko. Zaczynając od bardzo suchych tekstów rzucanych przy każdym zabójstwie czy innych interakcjach naszej grywalnej postaci, komandora Rexa Colta (oryginalne imię), któremu głosu użyczył Michael Beihn (notabene bohater 1go Terminatora), jak i jego nietuzinkowe, wulgarne zachowanie, (możliwość pokazania fakulca w grze cieszy jak nigdy), poprzez epicki soundtrack skomponowany przez Power Glowe, będący ukłonem dla fanów technoelektroniki pulsującej od Brada Fiedela i jego muzyki do Terminatora z 1984, na przerysowanych postaciach, (nazwisko dr Darling), celowo dennych tekstach i abstrahujących do estetyki rysowanych w rzeczonej dekadzie kreskówkach kończąc. No i humor. Rozbrajał mnie niemal na każdym kroku. Teksty rzucane przez kompana w pierwszych wystylizowanych na pół statycznych, 8-bitowych cutscenkach, czy wreszcie legendarny samouczek, prowadzący nas przez podstawową mechanikę gry traktując gracza jakby był zwykłem debilem. Oczywiście wszystko z dystansem. Cały humor jakim jest okraszona gra, jest zdecydowanie skierowana do fanów gatunku filmów tamtych lat, nie musi przypaść do gustu wszystkim.
Jako ciekawostka, powstał inspirowany grą, live action trailer na kanale Gamekult. Z zachowaniem klimatu oczywiście.


4. THE SIMPSONS - COUCH GAG (2015)


Kolejnym genialnym godnym przykładem do zauważalności nostalgicznych spojrzeń twórców do lat 80, jest ten klip, który stanowczo mnie przekonał do napisania tego tekstu. To był już ten moment, gdy renesans w mediach rozrywkowych na lata 80’ jest zauważalny do tego stopnia, iż twórcy The Simpsons, pokusili się do zaaranżowania własnego komentarza w postaci ich sztandarowego gagu z kanapą w intrze odcinka do 27 sezonu. genialne rozpoczęcie przez założenie kultowych słonecznych okularów, popularnych ówcześnie wśród wielu bohaterów filmowych akcyjniaków, który przeradza się w typowy klip serialu rodem z epoki tamtych lat, o przerysowanym, stereotypowym zatwardziałym gliniarzu, zwalczającym przestępców w słonecznym Miami. Mega ukłon w stronę Człowieka z blizną z Alem Pacino, choćby przez wykorzystanie utworu Push it to the limit, spopularyzowanego przez ten film właśnie. Co tu dużo mówić, to trzeba zobaczyć. Link w tekście, brawa dla ekipy Matta Groeinga za wstrzelenie się w czas z tym intrem. Nasza ulubiona żółta rodzinka, sama jeszcze pamiętająca początki w latach osiemdziesiątych, zaskoczyła tak miłym akcentem, gdzie samo intro z gagiem, nie miało nic wspólnego z fabułą odcinka. Możemy się w tym filmiku dopatrzeć kilku easter eggów; moim ulubionym to dr Brown i Marty McFly znajdujący się w  scence ze strzelaniną w barze ;)




5. HOTLINE MIAMI (2012)

Tak, nie wspomnieć o tej grze to duże niedopowiedzenie w kwestii poniższej listy. Ta stylizowana na 8 bitowy t na konsole Playstation 3 i 4, jest grą inspirowaną staro szkolnymi odsłonami pierwszych GTA jeszcze z ery PS1. Poruszając po mapkach w widoku z góry naszym bohaterem towarzyszyć będzie ociekająca psychodelika lekka muzyczka, nie żeby stylizowana na 8-bitowe mixy, jednak wpadająca w ucho,  podsuwająca na myśl chilloutowy klimat, mogący stanowić dźwiękowy wypełniacz, daje do zrozumienia, że akcja ma miejsce w Miami lat 80. Żadnej muzyki na licencji tam nie znajdziemy, a ścieżki dialogowe są ograniczone do 8-bitowych cutscenek. Pełnię uroku dostarcza niezwykle przesadzona brutalność i pixelowo rozlewająca się krew. A gra przez swój poziom trudności, potrafi solidnie wciągnąć, jak Tony Montana ścieżki życia w Scarface. O trudności stanowi fakt, że jeden poziom można próbować zaliczyć setki razy, gdyż śmiertelność naszego zamaskowanego w zwierzęca maskę bohatera jest bardzo wysoka. Jeden silny strzał od wroga i trup. Trofeum wyskakujące na konsoli "Died 1989 times" mówi wszystko. Żeby nie wydłużać, wymienię w podpunktach co stanowi o klu tej gry:


-Gra jest brutalna
-Gra jest prosta -w sterowaniu jak i w fabule
-Jest silnie przekoloryzowana
-Muzyka przywodzi dyskotekowe eksperymenty z epoki
-Dzieje się w latach 80- każdy detal nam to jasno wskazuje
-Jest dopracowana w swojej formie, trudno jej wypisać jakieś minusy
Nie jestem aż tak hardkorowym graczem, żeby się poszczycić, zaliczeniu tej produkcji, jednak pierwsze kilkanaście poziomów przekonało mnie o potędze tego indyka. Ta gra oraz jej sequel Hotline Miami 2 Wrong Number, pewnością staną się w przyszłości growymi klasykami, i podręcznikowymi przykładami, jak się robi współczesne staro szkolne gry wylewające sentyment lat 80 z ekranu. Poniższy art dość umownie traktuje grafikę widzianą w grze. Staroszkolnictwo znów kieruje gracza z powrotem na tory wyobraźni. Nawet kampania reklamowa, jak na grę indie, robi wrażenie.





6. KUNG FURY (2015)

Tytuł, który odbił się szerokim echem na YouTube zaraz po premierze, będący hołdem dla wszelkiego pastiszu, oraz naśmiewania się lat 80' przez nie same. W tym fanowskim filmie o niemałym budżecie znajdziemy wszystko do czego przyzwyczaiły nas filmy lat osiemdziesiątych.

-Sięgająca absurdu ignorancja filmu w stosunku do przeszłości czy historii (tu ukłon w stronę Hitlera)
-Przerysowane charaktery z banalną, choć siłująca się na głęboką historię oraz motywację-
Wyjątkowość bohatera, outsidera w szeregach stróżów prawa, będący jednocześnie samotnym pogromcą setek wrogów
-Jakość wypuszczonego nagrania, przepuszczona przez efekt, odtwarzania go ze zjechanego już VHS-a
-Nonsensowne wykorzystanie kultowych gadgetów z epoki - PowerGlove, Atari2600
-Potężni i sexi barbarzyńcy z minigunami, ujeżdżający dinozaura strzelającego z oczu laserami
-Kung Führer
-Sidekick w postaci policjanta triceratopsa <3
-Hotline, czyli gorąca linia telefoniczna, przez którą można kogoś zastrzelić

-Sekwencja animowana, nacechowana typową kreską animacji amerykańskich lat 80
-Wizualna eskalacja krwi, przemocy oraz efektów specjalnych, na którą oryginalna technologia kręcenia filmów lat 80', nie mogła sobie pozwolić, ale na pewno siedziała w głowach ówczesnych scenarzystów
-No i najważniejsza: kreacja Davida Hasselhoffa w stylizowanym teledysku, w raz z oryginalną nagraną dla filmu piosenką, True Survivor

Ten film, to prawdziwy majstersztyk, będący przełomem w swojej dziedzinie, oraz wg mnie głównym wzorcem do naśladowania w tego typu podobnych produkcjach, jak wyżej wspomniany filmowy FarCry 3 BloodDragon. Żeby, bardziej zachęcić do 30 minutowego seansu, polecam wpierw zobaczyć trailer.


Dla pełni klimatu, lektor, Tomasz Knapik ;)



7. METAL GEAR SOLID V THE PHANTOM PAIN (2015)

Kolejny, wydany w 2015 tytuł, tym razem jest długo oczekiwanym blockbusterem od samego Mistrza (celowo duże "M") gier, ojca chrzestnego skradanek Hideo Kojimy i spółki. Piata część głównej odsłony serii już dawno przed premierą, była tematem głośnych dyskusji wśród fanów, które, (jak zresztą w przypadku każdej premiery poprzednich odsłon) budziła kontrowersje i dzieliła graczy. Gra z liniowej, staje się sandboxem, a jej realia będą (poza grą prologiem MGS V Ground Zeroes) obsadzone w latach 80', dokładnie w 1984 (m.i. ukłon w stronę Orwella: Rok 1984, Davida Bowie: Diamond Dogs).
Co tu dużo mówić, złożoność tego tytułu jest tak ogromna, że można o niej napisać pracę doktorancką, jeśli nie książkę (może jestem na dobrej drodze). Gdy już uporałem się z MGS owym filmowym maratonem, odnotuje w skrócie co najbardziej przykuło uwagę w tym tytule w kontekście do lat 80’.

-Umiejscowienie miejsca i czasu akcji na terytorium Afganistanu, wojna wojsk radzieckich,
-Mocno zmanieryzowana modą lat 80 estetyka na tworzenie humanoidalnych mechów – Salehantropus
-Moda i ubiory postaci, samochody i architektura
-Muzyka, na każdym kroku przypomina nam dobitnie ze to pieprzony 1984 rok! Zarówno ścieżka dźwiękowa, pełna utworów z zastosowaniem przesterowań i syntetyzatorów (oczywiście w umiarkowanych ilościach) i sztandarowych utworach na licencji rockowo, popowych,
-Dalej będąc przy muzyce, dużo aluzji do treści i tytułów piosenek Dawida Bowie z wymienionego wyżej albumu Diamond Dogs

Powyżej wymienione cechy to najważniejsze, moim zdaniem bardzo budujące klimat tego tytułu, który plasuje ten tytuł na moim zestawieniu.

Jako jedną z ciekawostek, chciałbym dodać fakt wydania w 2016 roku limitowanej edycji soundtracku na kasecie audio, z nagraniami wykorzystywanymi oraz dedykowanymi grze. 
O fenomenie gry jak i całej serii nie ma tu sensu wspominać, przypnę jedynie jeden art należący do Darkduxa z deviantart.
Fanart inspirowany estetyką gry lat 80



8. WRECK IT RALPH / RALPH DEMOLKA (2012)

Bowser? Sonic? Dr Eggman? Ekipa Street Fighter? Pac-Man? W jednym filmie wytwórni Disney’a? No i stało się. Powyżej wymienione postaci, stanowią jedynie gościnne cameo, na których obecności w filmie, fani gier liczyli po trailerze, zbudowana będzie cała bajka. Tak nie było, i w sumie dobrze, bo to stworzony na potrzebę filmu, Ralph demolka, wzorowany na grze na automaty Donkey Kong z 1982. Cała historia dla przeciętnego widza jest raczej moralizatorską historią, do jakich nas przyzwyczaił Disney w ostatnich latach, jednak realia w jakie zabiera nas przygoda; dziejąca się w wirtualnej rzeczywistości bohaterów gier na automaty, dobitnie sugerują nam zacieranie się starego z nowym -> świata oldskulowych gierek z najnowszymi trendami. Żeby dużo nie gadać, Ralph, postać negatywna w swojej grze, szukając zrozumienia dla odgrywanej przez siebie od 30 lat roli tego złego, odkrywa moc przyjaźni, kolegując się z młodą, zwariowaną i nieznośnie słodko-irytującą Wandelopę von Cuks ze współczesnego automatu. Jeśli filmu nie widziałeś, odsyłam do YouTube. Polecam obejrzeć film, zarówno wersję oryginalną jak i z naszym rodzimym dubbingiem.
O samym filmie dowiedziałem się zaraz po premierze i nie omieszkałem go obejrzeć z wypiekami na twarzy ciesząc się jak dziecko z nakładanej mi do oczu porcji odświeżonej nostalgii. Film oczywiście dzieje się współcześnie, ale odniesień do lat 80 jest znacznie więcej.
Tym bardziej cieszy, że temat gier, wychodzi coraz bardziej z niszy by zawitać wśród szerszego grona odbiorców. Retro, ale cool.
Ralph wraz z Qbertem, (chyba) kultowym growym bochaterem xD


9. BRÜTAL LEGEND (2009)

Pora na kolejną grę. Przyznam że jedną z moich ulubionych. Właściwie to chyba najstarsza pozycja na tej liście. Jednak co ta gra robi tutaj? Oddaje ducha lat 80 oczywiście! Demonicznego wręcz. Robi to z przytupem, prosto w krocze, przy akompaniamencie dobrej muzy, znanych wizerunków sceny rockowo metalowej rozgrzanej ciągnącym się niemal przez całą fabułę pastiszem stylu, mody czy estetyki lat 80. Przerysowane ćwieki, skóry, epickość metalowej krainy, tak żywiołowo nakreślana na scenie muzyki metalowej lat 80' z Judas Priest, Motörhead, nieco wcześniejszych utworów Black Sabbath lub późniejszych King Diamond. gra przeszła niestety trochę bez większego echa, ze wzgląd na swoją nietypowość, a szkoda, bo ten tytuł troszkę niedoceniony, wkłada ważną cegiełkę w popularyzowanie muzyki metalowej w wyobraźni gracza. Prezentująca się lekko, starając się być jednocześnie jak najbardziej epicka fabuła rodem z okładki heavy metalowej okładki fantasy, z których to nurt heavy metal, czy NVOBHM były najbardziej znane właśnie w latach 80. Z ogromnym dystansem do siebie, jako historii, hołd dla fanów heavy metalu i dinozaurów rocka, nawet bardziej prześmiewczo wobec spandeksu czy pudelmetali, będącymi kontrapunktem dla prawdziwego TRÓ Metalu, no i demoniczny fetysz. Także silna obsada głosowa robi tutaj swoje. Jack Black jako Eddie jest genialny w swojej manierze komedianta-metalowca. no i Tim Curry jako główny boss Doviculus, to oczywista dla mnie inspiracja z dość pastiszowego (jak na owe czasy) filmu Ridleya Scotta, Legenda.
Gra jest wciąż świeża i dość retro. Podręcznikowy przykład z najlepiej dobraną muzyką z gatunku, choć zabrakło starego Iron Maiden, czy Metallici. Poniżej gameplay dla uwiarygodnienia. Polecam zagrać na konsoli. 


10. ASH VS EVIL DEAD (2015)

Tak genialnego powrotu chyba nikt się nie spodziewał. Jeden z czołowych wyznaczników drugogatunkowego kina gore lat 80' jakim była seria Martwe Zło (1981), późniejsze Martwe Zło 2 (1987) czy Armia Ciemności (1991). [nie mylić ze średnim remakiem z 2013]. Wyszło też parę gier na PS2 w 2001, 2003 i 2005 roku. Seans tego ostatniego ''dzieła'' filmowego kazał mi podchodzić ostrożnie do produkcji najnowszego serialu Sama Raimi'ego. Szybko się okazało, że obawy były bezpodstawne. Gdy pierwsze części filmu są swoistymi imprezowymi, zapychaczami, filmu puszczanego w tle nastolatkom by ci mogli imprezować przy przeciętnym dobrym horrorze, tak najnowszy serial z oryginalna obsadą Bruce'a Campbella w roli tytułowego Asha, nie pozwala oderwać wzroku od akcji na ekranie. Po prostu groovie.
Estetyka bezsensownej rzezi, jest teraz ładnie podana, nadal będąc nieestetyczną. Płytki humor oryginałów, jest teraz dosadny i dobitny, a jednocześnie nie przesadzony. Jest po prostu dobry, strawny, nawet rzec, by na tle zalewu współczesnych komedii, ambitny. Muzyka pojawiająca się w serialu nawiązuje do lat młodości Asha (wystarczy spojrzeć na jego pokój w jednym z odcinków 2 sezonu). Fabularnie akcja serialu dzieje się współcześnie. Czuć jednak prawie na każdym kroku, ten nostalgiczny powiew momentalnie bzdurnej i durnowatej fabuły, której początków szukać można właśnie w tych nieskomplikowanych, beztroskich latach 80. Ot, ciągnące się od dekad za Ashem przekleństwo Nekronomikonu. Kolejny udany hołd dla tej zwariowanej dekady dziejącej się 20 lat później. "Hail to the king, baby"



11. SCOTT PILGRIM VS. THE WORLD (2010)

Rozmawiając o retro stylistyce, nie można wspomnieć o tym dziele. Film na podstawie serii komiksu, to celowo przerysowany nacechowaniem komiksowym, growym i muzycznym obraz filmowy, z którego momentalnie wręcz wylewa się nostalgiczna zawartość. Ilość odniesień do nerdowskiego postrzegania świata w tym filmie powinna zadowolić każdego konesera retro rozrywki. Tego filmu, zważywszy na obecność na tej liście, szczególnie nie należy brać na poważnie. Siła tej kuriozalnie zabawnej ekranizacji, względem jego równie obficie wypełnionego niewybrednym humorem pierwowzoru jest dbałość o zgodność z oryginalną formułą, (choć różnice znajdą się zawsze). I przyznam szczerze, iż samego komiksu czytałem kilka stron, a do filmu muszę zrobić ponowne podejście, ta to pozycja jest kolejnym ukłonem w stronę retro estetyki widzianej oczami młodszych czytelników.


12. BROFORCE (2014)

Tak. Oto on. Przewspaniały. Przekokszony. Przeepicki. To jest tytuł który stanowi serce tego wpisu. Jeden z najwspanialszych tytułów indie z jakim przyszło mi się spotkać. Broforce, Krzyknę jeszcze raz. BROFORCE! Doskonała mechanika, intuicyjne sterowanie, przywodząca na myśl retro 8-bitowej gry pokroju Contra, okraszona oldskulową rockowo metalową, wręcz pompatyczną muzą w motywie przewodnim. No i postacie bohaterów. Genialne adaptacje ikon amerykańskiego kina akcji w uproszczonej formie, każącej uruchomić odrobinkę wyobraźni. Wizerunki Schwarceneggera, Stallona, Willisa, Mr. T i wielu innych oldskullowych bohaterów filmów akcji, ale i nie tylko. Spora część z tych postaci ma swoje korzenie właśnie w latach 80', chociaż są i wcześniejsze odniesienia (chociażby Brudny Harry w DLC). Celem samej gry jest zwykłe czerpanie radości z mnogości dostępnych bohaterów, którymi można przeistoczyć zbitki wielobarwnych pikseli symbolizujących wrogów w różne odcienie czerwonych pikselków pokrywając nimi całą, podatną również doszczętnym zniszczeniom mapkę. Przygrywająca muzyczka w tle, jest odbiciem epickich soundtracków, z rockowym pazurem, głaszczącym nasze uszy. Postacie takie jak Brominator, Bro Dredd, The Brofesional, Bromando, Indiana Brones, (wszystkie kultowe postacie z wariacją ''bro'' w nazwie), każdy ze swoim oryginalnym arsenałem czy charakterystyczną gamą ruchów, gestów i dźwięków. No i przybijanie piątki w multi. Gra będąca kwintesencją gatunku, godnym hołdem ku czci kultowych filmów lat 80' i 90'. Miodne piękno w czystej postaci.


13. X-MEN APOCALYPSE (2016)

Tak, tej produkcji w reżyserii Bryana Singera nie mogło tu zabraknąć. Film jest genialny. Pomimo zebranej fali krytyki, uważam że wart jest obejrzenia, (mnie wciągnęło do kina dwa razy) nie tylko dla tytułowych mutantów, jak również dla samego faktu, że akcja dzieje się w latach 80', a dokładnie w 1983 roku. Czuć klimat, i to prawie na każdym kroku. Jednym z najmocniejszych według mnie uderzeń był motyw z Aniołem słuchającym The Four Horseman Metallici, czy żarcik z trzeciej części Gwiezdnych Wojen, gdzie oba wytwory miały wtedy swoja premierę. Wydarzenia polityczne, przeplatające się z wpływem popkultury na życie nastoletnich X-menów. Wysoki box-office, pozwolił im na takie żarciki. Nawet dla samych koneserów lat 80', film godny polecenia. No i Quicksilver w rytmie Eurythmics wykonujący Moonwalka jak M.Jackson.
Epicka scenka Quicksilvera, łapcie:




14. RETRO CITY RAMPAGE (2012)

Tytuł ten to kolejny współczesny stylizowany na ośmiobitowy z siłą pędzącego 88 mil na godzinę Deloreana uderza w nas retro nostalgią. I to po pierwszych kilku minutach. Ciekawostką jest fakt, iż produkcja w założeniu, pierwotnie miała być remakiem GTA III. W tym klonie staroszkolnej piaskownicy nie brakuje tu odniesień do starych gier, filmów czy mody i stylu przełomu lat 80 i 90. Gra jest oczywiście doskonałą parodią sandobxowej gangsterki w wydaniu, jak wskazuje tytuł, retro. Odniesień do wszystkiego co by się wydawało kultowe z epoki, jest ogrom. Muzyczka to również chwytliwe kompozycje utrzymane w stylu tych znanych choćby z konsoli NES-a. O dopracowaniu tytułu może stanowić fakt, iż wydana później została edycja kolekcjonerska na dyskietce optycznej 1,4 MB. Wow. Żeby się nie produkować w kwestii odniesie polecam poniższą wyliczankę, dzięki ARHN. Miodność nawału wszelkich inspiracji, parodii i odniesień jest w grze przeogromna. Choćby wymienić doskonale sparodiowane sekwencje pierwszej gry Metal Gear, czy raczej jego NES-owego portu z błędami w tłumaczeniu, jakie można wychwycić w dialogach pomiędzy bohaterem gry (zwanym tu "Playerem") a prowadzącym nas przez tutorial postaci Lee (czyli kalką Solid Snake'a).
Samej gry do tej pory nie było mi dane przejść, jedynie ograłem demo. Niemniej jest to tytuł, który wkrótce zasili moja bibliotekę na Steam. This is heavy!




15. DANGER 5 (2011)

Bez zbędnego owijania w bawełnę. Serial twórców będący prześmiewczą, jednocześnie inteligentnie prezentującą głupkowaty humor parodią, Poziom obłędu wylewający się z ekranu przekracza momentalnie jakiekolwiek logiczne pojmowanie rzeczy, rodem z jakiegoś dziwnego anime. W sumie to inspiracji humorem z kraju kwitnącej wiśni tu nie brak. Ale zaznaczam, jest to wciąż bardzo inteligenty humor, który niemal doskonale kalkuje w krzywym zwierciadle klisze znane z retro seriali, Australijski serial w swobodny sposób podchodzi do tematu, jakim jest II Wojna Światowa, robiąc z tego slapstikową komedię, charakteryzując ją w sposób, aby wyglądała na kręconą w latach przełomu 70-tych i 80-tych. Kiedy pierwszy sezon odbywa się faktycznie w latach 40 w wojennej Europie pod panowaniem nazistów, to sezon drugi zabiera nas do... amerykańskiej szkoły średniej. Najlepszym motywem przewodnim serialu, jest grupka pięciu charyzmatycznych bohaterów, próbujących pokrzyżować, coraz to wymyślniejsze,szalone pomysły zwariowanych nazioli z wujkiem Adolfem na czele. największym pozytywnym absurdem produkcji jest fakt, że zarówno bohaterowie jak i antagonista serii, zostają przeniesieni do lat 80'. Tam grupka Danger 5 dalej dokonuje działalności konspiracyjnej, aby walczyć ze złem. Cały serial jest tak przepełniony absurdami, podkreślam jeszcze raz - celowo - napakowany tyloma kliszami, aby jeszcze bardziej zaznaczyć najbardziej przerysowane elementy prawdziwych seriali szpiegowskich czy przygodowych tamtych lat. Dopracowane sztucznie wyglądające efekty specjalne, doskonale dobrana muzyka dodająca uroku tamtych lat. Żyć nie umierać, nabiera w tym serialu nowego znaczenia.



16. DEATHGASM / ŚMIERĆGAZM (2015)

Ten nowozelandzki horror/komedia/gore to jedno z moich najświeższych odkryć tego typu. Film, pomijając jego estetykę do bycia jakby celowo zrobionym do bycia filmem pretendującym do bycia w klasie A, nakręconym dla kategorii klasy B, w luźny sposób nawiązuje do nostalgii lat 80' poprzez kilka wątków. Bohater filmu, nastolatek ze szkoły średnie, oraz jego kumpel, to typowi outsiderzy, słuchający ciężkiej muzy, fantazjujący o gorących laskach i czczący kult Szatana, jedzący koty (no zmyśliłem te 2 ostatnie). W swoich fantazjach Brodie przenosi się do metalowego świata pełnego epickości, przerysowanych metalowych klisz gatunku heavy metal. Chłopaki odnajdują przeklęty tekst piosenki, który potem odśpiewują w garażowym zespole by potem zamienić swoje najbliższe osoby w otoczeniu w grupy, agresywnych i bezmyślnych zombie. Ot takie oryginalne. Chłopakom jednak taki stan, nie przeszkadza im z uśmiechem na twarzach przechodzą do masowej anihilacji nieumarłych w iście metalowym stylu, zgodnie ze swoimi wcześniejszymi nerdowatymi wyobrażeniami. Jest krwawo, jest gore, jest bielizna. Celowo tandetna fabuła, świetnie dobrana metalowy/rockowy soundtrack z utworami nawiązującymi do świetności wyobrażonej w epoce epickiego heavy metalu lat 80'.
Jest to dla mnie film ciężki do zaszufladkowania. Jednak jeśli miałbym wskazywać na inspiracje, z jakich czerpali twórcy tej produkcji, wskazywałbym w stronę gry Brutal Legend. Niech poleje się krew, polecą odcięte głowy i popłynie do uszu metal. Kostki do gry zostały rzucone.

Mam nadzieję, że dobór kadrów zachęci do bliższego zapoznania się z tym tytułem


17. WAMPIR Z MO (2011)

Teraz coś z polskiego podwórka. Ostatnimi czasy zacząłem zwracać większą uwagę na polskie powieści fantastki/fantasy. Ze szczególnym zainteresowaniem śledziłem przygody Jakuba Wędrowycza autorstwa Andrzeja Pilipiuka. Historie napisane z pomysłem, jajem i lekkością, traktując wszelkie niecodzienne wydarzenia z dystansu. W sposób swobodny połączono w nich przygody łowcy demów, potworów i innego plugastwa wziętego rodem z folkloru słowiańskiego, czy produkcji zbijających większość maszkar w jedno miejsce typu Castlevania. Całość wszystkich historii niepozbawiona jest oczywiście polskich przywar, zalet oraz wad, cech narodowych czy stereotypów, a to wszystko poprzez spojrzenie na świat oczami „buraka”. W podobnym stylu artystycznym rozgrywa się opowieść „Wampira z MO”, ukazujące perypetie tytułowego wampira w rzeczywistości polski lat 80, gdzie przykładową sytuacją może być rutynowa kontrola przez milicję, pragnącą pałowania opozycji. Świat absurdu PRL-u w ukazaniu fantastyki. Lekka i przyjemna lektura, choć polecam również odsłuchania audiobooków, gdyż lektor swoim głosem dodaje odpowiedniego klimatu, jakbyśmy prawie tonęli w opowieści nagranej na szpule taśmową. Również niektóre z kronik Jakuba Wędrowycza, jednego z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów literackich stworzonym przez Pilipiuka, ukazuje świat codzienny i absurdy 8 dekady XX wieku (ale też lata wcześniejsze oraz późniejsze) przez pryzmat niecodziennego zawodu wykonywanego przez zakonserwowanego od środka przez bimber egzorcysty-amatora. 




18. TED (2012)

Film twórcy Family Guya także zasługuje na wspomnienie na tej liście. Jest to jedna z tych komedii, która w wyważony sposób prezentuje nowy poziom poczucia humoru z dobrym smakiem, nie będąc przy tym zbyt debilna i niestrawna (może z minimalnymi wyjątkami, ale hej, to Seth McFarlane). Bez owijania, o filmie:
Niektórzy chłopcy, nie chcą nigdy dorosnąć
-Oryginalny pomysł na fabułę, o ożywionym przez dziecięce życzenie misiu, który spędza w wieku dorosłości czas ze swoim właścicielem
-Masa odniesień do popkulturowych ikon lat 80’ i późniejszych, aluzji gagów, czasem zbyt hermetycznych dla polskiego widza, ale i tak czytelnych
-Gościnne udziały gwiazd ekranu, prym wiedzie bohater Flasha Gordona oraz soundtrack zespołu Queen
-Absurdalne pojmowanie rzeczywistości (mówiłem już ze to od twórców Family Guy, gadający i żyjący pluszak w kontekście codziennych sytuacji to nic dziwnego)
-Humor zdecydowanie dla dorosłych

Umieściłem ten film, głównie ze względu na niespotykaną ilość odniesień i aluzji do popkultury i sentymentu do lat 80 widocznych przez niemal większą część filmu. podobnie ma się sprawą z sequelem Ted 2, gdzie chyba pierwszy raz widziałem, żeby film dział się na konwencie fantastyki. Polecam obie części.



19. UNDERTALE (2015)

Kolej na dość niespodziewaną na tej liście pozycję. Undertale, to gra dość unikatowa, artystycznie dopieszczona, wystylizowana na pochodzące z czasów pierwszych rozbudowanych RPG-ów, przypominająca czasy pierwszych 8-bitowców. O samej fabule nie napiszę za wiele, gdyż produkcja wciąż czeka na dysku na uruchomienie. Nie mniej zakładam, że historia w niej zawarta jest warta przeżycia, a jej walory estetyczne na pewno nie ujmują poziomem wyglądających na młodsze (choć będące starszymi) gry z serii Final Fantasy. Zalożeniem gry było eksperymentalne podejście do stworzenia współcześnie grywalnego i przestępnego tytułu w stylu retro. Więcej polecam sprawdzić na YouTube.


20. CALL OF DUTY INFINITE WARFARE: ZOMBIES IN SPACELAND (2016)

O najnowszej produkcji Activision dwa słowa. Widząc jak silne i popularne stał się w mediach rozrywkowych sentyment do tematu retro lat 80, studio w najnowszej odsłonie CoD, dodało bonusową kampanię umiejscawiając nas w parku rozrywki wystylizowanym na lata 80', gdzie głównym punktem programu jest eliminacja nieumarłych za pomocą solidnego arsenału broni, wszystko utrzymane w klimacie. Nie dane mi było zagrać w tą produkcję, po trailerach jednak uważam że sama dodatkowa kampania przykuje mnie do do gry, najpewniej multiplayera lokalnego na parę ładnych godzin, podobnie jak poprzednie odsłony Call of Duty z kampaniami zombie; CoD World at War, CoD Black Ops 1 i 2. Patrząc na oprawę graficzną w trailerze, muzykę i biorąc pod uwagę budżet, jakim dysponuje studio, ta kampania będzie dla hitem w dziedzinie retro. I powód dla którego zainwestuję w nowego CoD-a.  Mam nadzieję że ze strony twórcy corocznego wypuszczania nowej odsłony, ten dodatek nie był kolejnym odcinaniem kuponów. Ta produkcja to właściwie spuścizna dotychczasowego dorobku współczesnych retromultimediów, co samych klimatów retro. Obym się nie rozczarował.


21. THE THING / COŚ (2011)

Ten "Coś" to nazwany tak samo prequel do genialnego horroru Sci-fi Johna Carpentera z 1982 roku. Dla niewtajemniczonych zdradzę, iż film zabiera nas na Antarktydę, gdzie w amerykańskiej placówce badawczej rozgaszcza się zmiennokształtna forma życia, która przywędrowała sobie z norweskiej bazy pod postacią niewinnego Husky, początek filmu ukazuje, jak badacze ze Stanów odwiedzają doszczętnie zniszczoną bazę Norwegów, jedynie dociekając tego co tam mogło mieć miejsce. i tutaj właśnie wychodzi ekipa Matthijsa van Heijningena, która podjęła się zadania dopowiedzenia historii, jedynie napomkniętej w oryginale z 1982 roku. Akcja tej produkcji umiejscowiona jest w owej bazie, z której to naukowcy dokonują odkrycia rozbitego UFO oraz zamarzniętej w bryle lodu obcego, nie wiedząc jeszcze jaki horror ich będzie czekał. Co prawda klimat grozy filmu nie jest oddany tak umiejętnie jak u Carpentera, mimo to, całość ogląda się dobrze, widząc że przyłożono pracy do tego, aby umiejscowić akcję fabularnie w latach 80'. Analogiczną sytuacją wyciągnięcia większej historii ze starszego filmu mieliśmy w przykładzie Star Wars Rouge One.




22. STRANGER THINGS (2016)

I w końcu najnowsza produkcja jaką dane mi było poznać bliżej w kwestii tematyki retro lat 80. Dość niespodziewane odkrycie muszę przyznać, gdyż nie jestem specjalnym koneserem seriali, to jednak ta produkcja emitowana w Netflix pozamiatała moje wyobrażenie o tym gatunku i to sporo. Bo co my tutaj mamy?

-Czas akcji, 1983 rok, realia na ekranie oddane wg mnie bezbłędnie
-Fantastyczny pomysł na stworzenie fabuły (choć muszę przyznać że zaczerpnięty jakby trochę z trendów panujących w latach 80', podobieństwo do Half-Life)
-Masa nawiązań do faktycznych wydarzeń z zakresu popkultury lat 80
-Świetnie napisane postacie, rozbicie wątku śledztwa za paranormalne niewyjaśnionymi rzeczami na grupki dzieciaków; nerdów, nastolatków; typowych nieudaczników i osiłków; oraz osoby dorosłe
-Muzyka z epoki, świetnie ubarwiająca wydarzenia na ekranie, te wesołe jak i te smutne czy przygnębiające (a takich momentów nie brak)
-Wciągające poczucie zagrożenia, trzyma nas z bohaterami do ostatniej minuty
-Niezwykle klimatyczne i genialne w swej prostocie intro do każdego epizodu

Serial jest do obejrzenia w dwa wieczory, a fani Sci-fi, klimatów retro lat 80, czy łowcy smaczków popkulturowych nawiązań będą zachwyceni. Serial "Dziwne Cosie" okazał się dobrze przyjęty, doczekał się kontynuacji w postaci drugiego sezonu, już pod koniec 2017 roku. Tymczasem zapraszam i zachęcam do obejrzenia sezonu pierwszego:



23. NOCNY KOCHANEK (2012)

A teraz coś z zupełnie innej beczki. (heh coś ;) Znowu na polskim gruncie. Zespół rockowy założony w Warszawie, grające coś na miarę pastiszowego komedio rocka, stylem, zarówno muzycznym jak i graficznym (okładki) nawiązują do mody lat 80', kiedy muzyka metalowa się krystalizowała, nabierała tożsamości, a teksty nabierały wtedy przerysowanej epickości. Zawartość tekstowa Kochanka, w sposób oczywisty parodiuje tą epickość niemal w każdej linijce swoich teksów, nie bojąc się przy tym łamać schematów panujących w trendach cięższego grania. Robią to z jajem i to bardzo dobrze ugotowanym. Wsłuchując się w ich teksty można momentami parsknąć śmiechem na bezczelną śmiałość, z jaką przychodzi im przedstawiać ciężką epicką tematykę utworów w niezwykle lekki za to mocno przerysowany sposób, gdzie momentalnie to brzmi jak śpiewany kabaret. Ale kabaretem nie jest, tylko zespołem metalowym. I to cholernie dobrym. Zespół nie boi się eksperymentów, jak pokazał na swoim drugim albumie ze stycznia 2017 roku.

Okładka drugiej płyty, jasno nam każe się domyślać, z jakiej dekady pochodzą inspiracje stylu

24. GUARDIANS OF THE GALAXY / STRAŻNICY GALAKTYKI (2014)

Kolejny przykład od Marvela. Oglądając ten film po raz pierwszy nie specjalnie mi się to rzuciło w oczy. Wszak fabuła odbywa się w uniwersum świata Marvela, ale gdzieś w kosmosie o bliżej nieokreślonej dacie. O nostalgii do minionych lat 80 możemy wyczytać głównie od bohatera głównego filmu, Starlorda, który jako jedyną pamiątkę z ziemi zabrał swoją kasetę audio z ulubioną muzyką. muzyka oczywiście na czasie dla jego dzieciństwa, także motywami przewodnimi muzyki na licencji są utwory puszczane w tle popularne w tamtych latach. Patrząc już poza konwencją, to chyba jeden z najlepszych filmów ich stajni w ostatniej dekadzie. Trailer do drugiej części, pod względem utrzymania tego klimatu, nie pozostaje w tyle. Poniżej lista piosenek wykorzystana w filmie, może melomani znajdą tu coś nowego:



25. ANGRY VIDEO GAME NERD MOVIE (2014)

To dość nietypowy przykład, jednak zasługuje żeby powiedzieć o nim słów kilka. AVGN, to amerykański jutuber, który od ponad dekady tworzy prześmiewcze filmiki recenzujące dobytek elektronicznej rozrywki i nie tylko. Specjalizując się w okrutnych i bezlitosnych recenzjach klasycznych (tak by się wielu wydawało) gier, wytykając im wszelkie wady,oraz to, jak brutalnie się zestarzały. W 2014 roku w raz z ekipa filmową (i za namową widzów YT) postanowił nakręcić film fabularny, będący w znacznej części nawiązaniem do retro rozrywki gier na konsole i automaty, głównie z lat 80'. Motywem przewodnim filmu było nakręcenie recenzji do zapowiedzianego przez producentów branży gier video sequela do najgorszej gry video wszech czasów, E.T. Film, z chałupniczo wyglądającymi efektami specjalnymi, (celowo bądź nie) ogląda się przyjemnie, patrząc jak tytułowy nerd, stara się odkryć prawdę stojąca za produkcją znienawidzonej gry na Atari, po drodze. Po drodze jego perypetii, spotkamy osoby, miejsca i przedmioty silnie związane z branżą rozrywkową mające swoje korzenie w latach 80'. Humor jutubowy, przeniesiony na duży ekran, stara się przed widzem być przystępnie śmieszny, ale momentami ciężko zrozumieć co niektóre bardziej hermetyczne żarty. Nie mniej jako jego stały widz na kanale YouTube,w mig łapałem większość serwowanych aluzji, czy to do świata gier, filmów, postaci, czy ogólnie środowiska lat osiemdziesiątych. Film, dzięki swojemu humorowi, pomimo że mocno zwariowany, przyjemnie się ogląda, ale nie musi się spodobać każdemu. Polecam fanom retro gamingu oraz wielbicielom Jamesa Rolfa, czyli Nerda.
Jako ciekawostka w 2012 roku recenzent ten, doczekał się retro gry zręcznościowej, będącą  zbiorem grywalnym odniesień zarówno do oldskulowych gier ery 8-bitowców jak i wielu recenzowanych przez nerda gier.



25. DESPICABLE ME 3 (2017)

Ten film z minionkami wchodzący do kin w 2017 roku, wkładam na listę na szybko z powodu jednego powodu. Nowy antagonista Gru. No po prostu spójrzcie na niego. To jest chodzący pomnik epoki lat 80, ubiór, fryzura, gadgety, muzyka z którą się utozsamia, imię i te jego kocie ruchy (jak ładnie tańczy Jacksona).
Nie wiem czy się wybiorę na niego do sali kinowej, nie mniej jestem bardzo ciekaw jak się potoczy fabuła z ta intrygującą personą. Oto trailer.


W sumie film raczej niewiele wniesie do rozbudowy współczesnego renesansu na modę lat 80', choć muszę przyznać że poprzednia część, "Minionki" skupiona na małych żółtych podwładnych w służbie zła, zostały genialnie obsadzone w latach 60' XX wieku, choćby przez świetny dobór piosenek z epoki, aż sam byłem zaskoczony The Doors, przy przebiciu się na drugą stronę.


Dodając jako suplement. Jeszcze innymi udanymi współczesnymi pomnikami retro, można zaliczyć grę Alien Isolation (2014), rozwijająca koncept retro futurystki z filmu "Alien" 1979. Miejsce akcji, Statek Apollo w swoim designie, wystroju, wbudowanej w niego technologii oraz garderobie pracującej w nim załogi z niesamowitą dbałością o szczegóły oddaje architekturę statku Nostromo. Gra do złudzenia przypomina film Ridleya Scotta, od czasu rozwijania fabuły, przez strach jaki ona wywołuje po muzyce kończąc. Za inny przykład powinienem podać Italian Spiderman (2009), mini serial australijskiego studia, odpowiedzialnego za późniejsze Danger 5, który w podobny sposób umieszcza klisze znane z niskobudżetowych serialach o superbohaterach. Serial, wydany później jako 40 minutowy film, został tak wystylizowany, aby wyglądał na nagrany w latach 70', z podłożonym bezczelnie brzmiącym włoskim dubbingiem.


No ładnie, dobiłem do 25 przykładów. Mam nadzieję że były one trafne i odkryły co nie co uroku wypływającego z współczesnych dzieł multimedialnych rozlewających sentyment na ta magiczną epokę. Jak widać przykładów czytelnej nostalgii i nawiązań do lat 80 w większym lub mniejszym stopniu nie brakuje. Skąd się w ogóle wziął taki popyt na styl retro? Skąd to pragnienie? Czyżby to dlatego, że część obecnych twórców wychowywała się w 80? Co przyniosą kolejne lata, czy będzie to coraz większy wysyp nostalgicznych treści dla młodych odbiorców, pragnących poznać tą magiczną dekadę nigdy samemu w niej nie żyjąc, a starsi pamiętający te czasy spoglądają raczej z rozrzewnieniem na owe produkcje, jak na pomniki oddające hołd dla lat ich dzieciństwa i młodości.

czwartek, 7 lipca 2016

Ćwierć wieku Asta La Visty, Terminator 2, Dzień sądu. Refleksja nad filmem

25 lat >>>>
1 miesiąc>>
1 dzień >>>

Tyle czasu minęło gdy piszę od premiery jednego z najbardziej przełomowych dzieł filmowych XX wieku jakie wg mnie powstały. Data premiery; 1 lipca 1991 roku. Panie i Panowie:

Terminator 2: Judgement day





To dosyć mocne przeżycie dla siedmiolatka oglądać jak odziany na czarno człowiek na motocyklu skacze z rampy lądując w leju rzecznym po czym strzela do drugiego, pędzącego w ciężarówce ciekłometalowego osobnika goniącego młodego chłopaka na motorku. Największy dreszcz przechodził gdy, Model T-800 przejął uciekiniera na swój pojazd i oddalając się na tyle szybko, oddal strzał w stronę ścigającego ich T-1000, by ten rozbił się o filar i stanął z całym pojazdem w płomieniach. Co za thrill.

Podobne podniecenie towarzyszyło mi podczas większości oglądanego filmu w telewizji. Miałem wtedy nie więcej jak 7 lat, ale pamiętam dobrze, iż Terminator 2; Dzień Sądu było to moje pierwsze zetkniecie z kinem Science Fiction. Dlatego po dwudziestu pięciu latach od premiery tego jednego z najbardziej kasowych sequeli stworzonych przez Hollywood piszę w tym miejscu.

Kiedy w latach 80' James Cameron szukał odpowiedniego aktora do zagrania Elektronicznego Mordercy, jak go ochrzcił polski dystrybutor w latach osiemdziesiątych, zapewne nie spodziewał się, że ten niepewny wtedy projekt da podstawy do powstania jednego z najbardziej kasowego filmu w dziejach. Moje pierwsze wrażenie pod koniec seansu za dzieciaka było coś w stylu "Och nie, wszyscy zginiemy od bomby atomowej i dobici przez roboty". Film ten obejrzałem niezliczoną ilość razy, toteż za każdym seansem doznawałem nowych wrażeń odnośnie treści filmu, wyciągając z niego coś więcej, niż tylko fantastyczno-naukowe widowisko grozy. Odkrywałem ważną rolę przyjaźni, jaką odgrywa w życiu każdego człowieka, poznawałem lepsze wartości, jakimi się można kierować, dowiadywałem się że mimo popełnionych błędów, można jeszcze zdążyć poszukać odkupienia, zagłębiłem się w filozofię samozagłady rodzaju ludzkiego, oraz rozważania nad bezsensem ludzkiej egzystencji. Aż teraz mnie dziwi, ile cennych wartości w przekazie filmu jest wartych poznania, które to nie zawsze są podawane tak czytelnie, wprost, żeby od razu młody widz zrozumiał.

Scena w której Arnie, bezwzględny i bezduszny twór, ludzko wyglądająca maszyna zaprogramowana do ochrony pojedynczej jednostki, zaprzyjaźnia się z dzieciakiem, stając się dla niego czymś więcej niż tylko przedmiotem, przechodząc transformację w coś bardziej, hmm, ludzkiego. 

Film z 1991 roku dokonał tu olbrzymiego skoku w porównaniu do poprzednika lat 80'. Pokazał nam jedną z najlepszych transformacji wizerunku bohatera kojarzonego wyłącznie negatywnie, poprzez neutralną, w istotę, po której śmierci, zawsze roniłem łzę. Pełni efektu ostatniej batalii pomiędzy dwoma maszynami dokonywała pesymistycznie i ponuro brzmiący soundtrack, wbijający się pod skórę, jak ostrza ciekło-metalowego T-1000. Najbardziej zawsze rozbrajał motyw ze sceny walki w hucie, gdzie kanonada skrzypiec, wraz z niepokojąco dudniącymi trąbami, pogłębia uczucie bezsilności w walce z silniejszą maszyną, wieszcząc nieuchronną zgubę ludzkości. Do tego finałowa scena śmierci T-800. Do dziś kołacze mi się cytat "I know now why you cry, but it's something I can never do". Mój wewnętrzny siedmiolatek płacze.

Dziś kiedy mamy Internet (oby nie Skynet), świat filmowy zmienił nieco postrzeganie wizji Terminatorów. Najnowsze dzieło w serii Terminator Genysis, to przykład próby zadowolenia pokoleń fanów marki, ostatecznie zjadającej swój własny ogon, choć nie powiem ze sceny z odtwarzaniem pierwszego Terminatora wyszły im dość dobrze, to jednak w tej produkcji pierwsze ratunkowe skrzypce, zdecydowanie gra tylko Arnold. Ja natomiast przestałem liczyć na nowe produkcje z Terminatorem w roli głównej, które zadowoli mnie w równym stopniu, co film Caremona z 1991 roku. Co innego mówi Internet gdzie w dobie mediów 2.0, każdy może niejako być współtwórcą dorobku multimedialnego. By nie szukać daleko, przełożony na współczesny język, dostosowujący się do wrażliwości odbiorców trailer filmu:



This time, he's back. For good.


Film, mimo zaliczenia ćwierćwiecza, jest nadal bardzo współczesny, poruszający wiele niewygodnych, trudnych i kontrowersyjnych tematów. Także pod względem efektów specjalnych, widząc jak technologia FX i CGI poszła do przodu, obraz z początku lat 90 wcale się nie zestarzał. Do dziś mam w głowie zrealizowana na potrzeby filmu niepokojącą wizję atomowej zagłady miasta, skonstruowaną wtedy na miniaturowej makiecie. Dreszczy mnie za każdym razem. Drugiego tak genialnego dzieła, które po wielu seansach daje się odkrywać wciąż na nowo, ze świecą dziś szukać. Może to przez wzgląd na to, że mam osobisty stosunek do tej produkcji, może to świat,wraz z rozwojem dostępu do Internetu zmienił mój smak odnośnie wrażliwości kinowej. Trudno mi ocenić.


Terminator 2 to dla mnie wyznacznik jakości genialnego obrazu filmowego, pod niemal każdym względem. Wierzę także, że fanserwis działający w sieci, będzie wciąż dokładać kolejnych cegiełek, wzbogacających to fantastyczne uniwersum. Film T2, który skończył już 25 lat, zasługuje wg mnie na pozycję szkolnej lektury. Może czas to zmieni. Oby po kolejnym ćwierćwieczu był on równie satysfakcjonującym widowiskiem co w roku 2016. Asta la vista, baby!




Wrocławskie Dni Fantastyki oczami niezwykłego śmiertelnika. Relacja z konwentu DF 2016

Dni Fantastyki 2016, potocznie nazywane Deefami, to jeden z najlepszych konwentowych eventów, w jakich dane mi było w tym roku uczestniczyć. Najlepsze, choć nie bez tyciego zawodu. Dlaczego właśnie tak? Może spowodowane jest to moim szybkim zaspokojeniem konwentowego zapotrzebowania na nowy typ imprez jakimi są właśnie targi fantastyki. To był już 7-dmy konwent w jakim uczestniczyłem i dosyć szybko przekonałem się, iż największą ich atrakcją są sami ludzie, którzy zjeżdżają się niemal z całego kraju w jedno miejsce na 3 dni nieprzeciętnej zabawy.

DF-y tym bardziej zachęcają do odwiedzin dzięki ich atrakcyjnej lokalizacji. Impreza bowiem odbywa się w położonym mocno na peryferiach Wrocławia Centrum Kultury Zamek, będącego centrum całkiem sporej powierzchni parku, z placem zabaw, wysepką i stawem. Pośród sporej powierzchni terenów nie brakowało także fauny urozmaicający piękny krajobraz wzbogacony i tak już o cudacznie poubieranych młodych ludzi, o samych cosplayerach nie wspominając. Tym bardziej atrakcyjnym był teren konwentu dla samych osób zamiejscowych odwiedzających park pod zamkiem, gdyż wstęp we wspomniany weekend był bezpłatny. I jeśli nie liczyć wejścia do samego budynku Zamku, w którym odbywały się prelekcje, spotkania autorskie, występ kabaretu, konkursy z na wiedzówkach na tematy dla zainteresowanych danym tytułem oraz warsztaty czy zlokalizowane w podziemiach sale z wypożyczalnią gier w której odbywały się także turnieje do m.i. Munchkina, można było wypróbować wiele nietuzinkowych atrakcji  Warto wspomnieć, iż wtedy w Zamku miala miejsce również niesamowita galeria fantastycznych obrazów malarskich o retro-futurystycznej tematyce autorstwa Jakuba Różalskiego. W amfiteatrze zlokalizowanym pod murami galerii odbywały się pokazy cosplay, rozstrzygnięcia konkursów literackich oraz wszelkie uroczystości związane z wręczaniem nagród. Na terenach przyległych swoje miejsca dostały mini wioski tematyczne, m.i. post-apo oraz wikingów, odbywały się drużynowe gry polowe oraz pojedynki w strojach sumo. Nie mogło też zabraknąć, jak to na konwencie, stoisk z gadgetami fanowskimi wszelkiej maści, od pokemonów poprzez skórzane ozdobniki, ręcznie robione kieszonki i karwasze, „upiększacze” do dekorowania cosplayów po stoiska konkursowe w postaci ruletki bądź loterii. Kto był w tym roku na Pyrkonie, musi się zgodzić, że DF to taki Pyrkon w mniejszej, bardziej plenarnej skali.

"Daj Kłesta, Copernikon!" - to zawołanie kierowane do stoiska promujące na DF-ach sierpniowe wydarzenie Copernicon w Toruniu. Brałem tam udział w ogłoszonej przez nich zabawie dla konwentowiczów zabawę rodem z komputerowej gry RPG, wykonując różne, czasem absurdalnie śmieszne zadania, w celu zakwalifikowania się do loterii, w której najcenniejszą wygraną były darmowe wejściówki na wspomnianą imprezę. Bawiłem wtedy się jak nigdy, tym bardziej że miałem motywację, oraz satysfakcję, że tym razem to nie ja przydzielałem zadania (jak się nosi wykrzyknik nad głową na konwencie, to się potem trzeba z tego „wywiązywać” ;) Dla mnie najbardziej absorbująca atrakcja tego konwentu. 

W pierwszy dzień po południu spadło nieco deszczu zmuszając wszystkich, w tym także umalowanych cosplayerów do chowania się po budynkach, na szczęście żaden z punktów programu plenarnego z nie ucierpiał (lub też nie zauważyłem by ktoś się skarżył), rozkład udostępnionych pomieszczeń i zadaszonych miejsc w tym roku był na tyle duży aby spokojnie pomieścić wszystkich uczestników.

Jak już wspominałem, z początkiem tego roku większą uwagę ponad programom przykładam zachowaniom socjalnym, głównemu czynnikowi konwentów. Tym bardziej atrakcyjniejszy jest konwent, gdy nosisz się w cosplayu. I nawet jeśli nie jesteś przez większość osób rozpoznawany, człowiek i tak ma wielką frajdę słysząc od napotykanych osób różne sugestie co do ubranego stroju (czy też pierwotnego zamierzenia z jakim się dana osoba planowała). Pełnoprawny cosplay, lub sam kapelusz, koszulka, biżuteria, czy nawet jedynie makijaż to jest już wystarczający pretekst do wejścia z drugą nieznaną sobie osobą w jakieś zabawne interakcje i pociągnięcia relacji dalej, a warunki plenarne wokół Zamku, parkowa przestrzeń tylko zachęcały do zagadywania napotykane osoby na wszelakie tematy. Podczas DF-ów można było spotkać wielu cosplayerów w ich nowych kreacjach, nie znanych i nie prezentowanych wcześniej strojach, posiedzieć (lub postać jak nie starczyło na strefie gastro leżaków) na panelu w plenerze (panel na temat podstaw tworzenia cosplayu zaawansowanych przebierańców), lub pokręcić się po zamku i poobserwować ciekawostki techniczne jak tańczące roboty czy warsztaty z motion capture. Przeważającym tematem przewodnim DF-ów była szeroko pojęta fantastyka, (gdzieniegdzie pojawiały się różne inkarnacje przedwiecznego Chtulhu) ale zapaleńców zarówno klimatów japońskich, rekonstrukcji historycznych bądź innych ściśle związanych z popkulturą nastawioną na rozrywkę.

To była już któraś z kolei moja wizyta na konwencie (4 w rejonie dolnego śląska) i czuję się jak u siebie na podwórku spotykając ponownie wiele znanych sobie twarzy z regionu oraz innych części Polski. Konwent w takim miejscu w środku maja to bardzo trafiona decyzja, zwłaszcza że jest otwarty także dla osób postronnych. Zdarzenie odwiedziło dużo rodziców z dziećmi, a na spacery wybierało się także sporo milusińskich na smyczy ;)

Generalnie sam konwent był zorganizowany bardzo sprawnie, tradycyjne kolejkony nie były chyba dla nikogo żadnym utrapieniem, gżdacze i helperzy stanęli na wysokości powierzonych im zadań (lub obijali się tak, żeby nikt nie widział ;) więc co nie zagrało? Nie mogę przejść bezkrytycznie do (wg mnie) największe wtopy organizacyjnej, gdyż była to rzecz na której zależało mi oraz zgromadzonym przyjaciołom najbardziej, mając w pamięci zeszłoroczne DF-y. Sala z planszówkami i grami video była zamykana na noc tuż po 22:00 o czym zostaliśmy brutalnie poinformowani na 5 min przed faktem, natychmiast zdając sobie sprawy, iż nie będziemy mogli ponownie spędzić kilku godzin we wspólnym towarzystwie męcząc kolejne dziwne karciane czy planszowe gry do wczesnych godzin rannych. Dla mnie lekki szok, drama i tragedia, gdyż to było najmilsze doświadczenie na DF 2015, gdy to wszystkie oficjalne atrakcje wieczorem się kończyły, z najwytrwalszymi osobami zasiadaliśmy do gier, bawiąc się i poznając nawzajem. Jedynym ratunkiem przed pójściem grzecznie spać do domów lub sleepów w szkole były znajdujące się w pobliżu puby i restauracje (niestety nie serwujące posiłków w godzinach nocnych) i poleganie na grach opartych na swojej wyobraźni (niezastąpione kalambury) lub przyniesione ku przezorności karty (chyba najbardziej ryjące berety i ukazujące nasze czarne poczucie humoru Karty Przeciwko Ludzkości). Gdyby nie ta nieprzemyślana moim zdaniem decyzja o zamknięciu planszówek, nie miałbym nic do zarzucenia całemu konwentowi, a tak pozostawał leciutki niedosyt, podsycony ubiegłorocznymi doświadczeniami. No i nauczka na przyszłość, konwent zawsze potrafi zaskoczyć, nawet w tą mniej przyjemną stronę.

Tyle w sumie do powiedzenia, jeszcze mała galeria zdjęć oraz videorelacja wkrótce:
























środa, 4 maja 2016

May the 4th be With you. Światowy dzień Star Wars. Osobista i sentymentalna ocena filmowego uniwersum

Nie jestem zagorzałym maniakiem Gwiezdnych Wojen, mimo to lubuję się w historii wybuchających gwiazd śmierci niemal od pierwszych chwil, gdy zetknąłem się z tym uniwersum jeszcze za dzieciaka w postaci filmów. Pamiętam doskonale moment, gdy popularność marki STAR WARS w polskich mediach wzrosła wraz z nastaniem premiery na świecie filmu sygnowanego jako Episode I STAR WARS: The Phantom Menace, co było moją pierwszą prawdziwą stycznością z kosmiczną serią, a następne już "nadrabianie zaległości za zgodą mamy” do późnych godzin nocnych podczas seansu oryginalnej trylogii w TV. Moje uwielbienie dla serii rosło i rosło, jak samo gwiezdne uniwersum rozrastało się w międzyczasie w postaci wydawanych książek, komiksów, gier video etc, czego nie byłem za dzieciaka do końca świadomy. Po seansie kinowym epizodu II „Attack of the Clones” i nadrobieniu epizodu III „Revenge of the Sith” odetchnąłem z ulgą i gwizdnąłem z głębokim podziwem dla twórców serii za stworzenie jednego z najciekawszych obrazów w historii sci-fi, z jakim taki przeciętny nerd jak ja może mieć styczność. Po drodze jeszcze poznawałem (na początku nieco po łebkach) gry STAR WARS KOtoR, (od deski do deski) STAR WARS Battlefront 1 i 2 z generacji Playstation 2, by w końcu zabrać się za książki i komiksy, jakie przy okazji wpadały mi w ręce. Ręce, gdyż lubię mieć żywą styczność z „nośnikiem” aniżeli czytać wirtualną, łatwiej dostępną wersję. Po przewertowaniu kilku komiksów, oraz w miarę możliwości chronologicznym pochłaniania kilkunastu książek z epoki schyłku Republiki i upadku Jedi, powziąłem się za przeczytanie jednej z najbardziej polecanych przez znajomych i znawców tematu, trylogii Dartha Bane’a. W końcu dopiąłem swego i w każdej wolnej chwili wertuję wspomniany księgozbiór w celu odnalezienia źródła Mocy.


Z nadzieją, ale jednocześnie z niepokojem patrzyłem na deale zawierane pod koniec 2012 roku przez firmę Disneya na marce Star Wars oraz zapowiedzi nowej trylogii filmowej wraz ze spin-offami, mającymi wychodzić z pod dłuta już nie LucasArts ani samego Drożdża, lecz od sprawdzonego i jednego z ostatnio bardziej rozpoznawalnych przeze mnie Reżyserów, J.J. Abramsa. Ostatecznie na pełnym spontanie wybrałem się w grudniu 2015 na epizod VII, „The Force Awakens”, po czym przyznać muszę ostatecznie co o tym myślę, aby się jakoś w tym odnaleźć. Za starą trylogię która załomotała mi w głowie niczym taran orków walących do helmowego jaru (w pewnej innej znanej filmowej trylogii) okazała się dla mnie kwintesencją kosmicznego fantasy, którego nie zmąci żadna inna marka, star warsowy pre-sequel czy inny duperel w postaci reedycji z dogrywanymi SGI scenami, bądź zmianami logicznymi kultowych scen (Han shot second?) Ło bosz, co to było … :/

Chociaż filmów nie powinno się wystawiać numerków, muszę dla ścisłego porządku.
Film STAR WARS 1977 za rewolucyjne podejście do kosmicznego s-f fantasy (space opery jak kto woli) przeplatane z baśniową oprawą o rycerskim charakterze, szlachetnymi oraz (bądź co bądź) lekko stetryczałymi pojedynkami na miecze oraz obrazem zagłady na skalę planetarną w postaci kultowego już w niejednym zakątku naszej planety stacji Death Star 9+/10
Film STAR WARS: Empire Strikes Back 1980 za fenomenalne bitwy na planecie Hoth, za niepozornego mędrca stawiającego alternatywę tylko „zrób, albo nie zrób” pojedynku Luke'a z Vaderem, czy ponadczasowe „I’m your father” (oglądając to pierwszy raz byłem w ogromnym szoku, nawet jak na dzieciaka) 10/10
Film STAR WARS Return of the Jedi 1983 za piękne ukończenie trylogii, ratowanie Hana Solo z obślizgłych szponów Jabby, moc przyjaźni i naiwność w magiczne moce C-3PO misiowatych mieszkańców Endora, piękne scenerie leśnych pościgów oraz ponownie rozpadającej się w pył Death Star, ostatecznego odkupienia Vadera i przejścia na jasną stronę Mocy oraz zakończenie kariery Marka Hamilla jako rozpoznawalnej gwiazdy filmowej 9+/10

Film STAR WARS The Phantom Menace 1999 za wyciągnięcie mnie do kina na iście bajkową przygodę, młodego Obi-Wana, jeszcze młodszego Anakina, jeszcze głupszego Jar-Jara, piękne animacje złych robotów Federacji Handlowej, twistów fabularnych nie zrozumiałych dla 10-cio latka, oraz okraszony najlepszą muzyką pojedynku Obi-Wan, Qui-Gon vs Maul 9+/10
Film STAR WARS Attack of the Clones 2002 za ukazanie jeszcze bardziej barwnego, wielowarstwowego wszechświata, gonitw i pościgów, epickich walk na arenie Geonosis, niezauważalnej gry aktorskiej Haydena vel Anakin, ponownego spotkania z armią cyborgów, pojedynkiem Jedi Obi-Wana z hunterem Jango-Fett a przede wszystkim epickim starciem rycerzy Jedi oraz Sitha Dooku (najlepszego w tej roli Christophera Lee) 9-/10
Film STAR WARS Revenge of the Sith 2005 za dopełnienie woli ostatniego Sitha, genialne przejęcie władzy nad Galaktyką oraz serca Anakina przemieniające jego uczucia w oblicze ciemnej strony, wyciskającą łzy scenę Padme i Obi-Wana pod koniec filmu i niemal perfekcyjne zamknięcie sagi z wieloma smaczkami i przemyconymi mrugnięciami oka do widza, 10-/10

Pomijając już pełnometrażowy film i serial skierowany dla dzieci STAR WARS The Clone Wars 2008, genialnej krótkometrażówki o tym samym tytule z 2005 roku (autorstwa G. Tartakowskiego), czy nie jeszcze w pełni nie nadrobionego serialu STAR WARS Rebels (nie wspominam już o absurdalnych dodatkach w postaci Ewoków czy Chrismass Special) przechodzę do dzieł najnowszych.

Film STAR WARS The Force Awakens 2015 za świetne i odprężające widowisko w Heliosie, miłą dla oka przemyślaną rozrywkę i odświeżone podejście do motywów SW z przed 4 dekad, przekalkowanie historii starej trylogii, utwierdzenie siły powiedzonka „jaki ten wszechświat mały”, zobrazowanie chyba niemożliwej sceny w całej historii kinematografii ->śmierć postaci Harrisona Forda<- odważnym i jednocześnie chybionym zagraniem Finn jako Jedi, spóźnionym o 2 godziny pojawieniem się Luke’a oraz nieodwracalne odtrącenie spójnego rozszerzonego uniwersum Gwiezdnych Wojen, 6/10.

Jako fan, bardziej jednak pasuje sympatyk (na pewno nie fanatyk) jestem mocno rozczarowany podejściem J.J. Abramsa do nowej Trylogii ale jednocześnie nie mogę nic zarzucić filmowi jako dobremu widowisku, gdyż od samego początku mi o to chodziło zasiadając do kinowej ławy. Mimo robienia dobrej miny do tej gry, nie podejmuję się stwierdzenia, jakoby filmy kinowe STAR WARS miały by być wyznacznikami kanonu sagi, a sam epizod VII, jak i nadchodzące później będę osobiście traktował jako niekanoniczne (!), mając w pamięci najlepsze wspomnienia wyniesione z gier, komiksów oraz (a może przede wszystkim) książek, które dodały nieco świeżych cegiełek do mojej zaśmieconej gotowymi obrazami wyobraźni. Dla mnie rdzeniem historii oczywiście pozostanie stara trylogia, całkiem udana prequel trylogia oraz każda możliwie wydrukowana czy na łamach komiku lub książki historia o perypetiach mieszkańców pewnej odległej galaktyk, gdzieś dawno, dawno temu…




[Ciekawe że wszystkie dobre filmy Gwiezdnych Wojem miały światową premierę w maju, stąd nazwa nieoficjalnego święta fanów sagi May the 4th :D ]